Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 494. Raven „Wiped Out” (1982). Trzech muzyków, zero hamulców!

Po Cheap Trick, który pokazał nam, jak nieostre potrafią być granice między hard rockiem a heavy metalem, wracamy do muzyki, przy której raczej nikt nie będzie miał wątpliwości, z jakim gatunkiem mamy do czynienia.

Miejsce 494 w rankingu Martina Popoffa zajmuje Raven i album „Wiped Out” z 1982 roku.

I tutaj nie ma czasu na rozgrzewkę. Od początku dostajemy muzykę szybką, hałaśliwą, chwilami wręcz chaotyczną. Jakby trzech muzyków postanowiło sprawdzić, ile dźwięków da się zmieścić w jednej minucie, zanim wzmacniacze odmówią współpracy.

Heavy metal na granicy kontrolowanej katastrofy

Raven to jeden z przedstawicieli New Wave of British Heavy Metal, ale na tle wielu zespołów tego nurtu wyróżniał się szczególną energią.

Zespół tworzyli bracia John i Mark Gallagher oraz perkusista Rob „Wacko” Hunter. Wystarczała im gitara, bas i perkusja, żeby narobić hałasu godnego znacznie większego składu.

Martin Popoff porównuje muzykę z „Wiped Out” do ruchu ulicznego w Mexico City. Trudno o bardziej obrazowe określenie. Wszystko pędzi, zmienia kierunki, ociera się o siebie, a mimo to jakoś dociera do celu.

To muzyka, w której słychać jeszcze klasyczny brytyjski hard rock, ale już wyraźnie zapowiadająca speed metal i późniejszy thrash.

John Gallagher – wokal, do którego trzeba się przyzwyczaić

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów albumu jest głos Johna Gallaghera.

Nie jest to śpiew w stylu Bruce’a Dickinsona czy Ronniego Jamesa Dio. Gallagher potrafi piszczeć, wrzeszczeć i atakować wysokimi dźwiękami, które nie każdemu przypadną do gustu.

Ale właśnie ten wokal doskonale pasuje do muzyki Raven. Jest w nim coś nieokrzesanego, trochę szalonego i całkowicie pozbawionego kalkulacji.

Popoff zauważa, że do głosu Gallaghera trzeba się przyzwyczaić, ale trudno odmówić mu pewności siebie.

Perkusja, która nie zna umiaru

Osobny rozdział należy się Robowi Hunterowi.

Perkusista, znany jako Wacko, nie sprawia wrażenia człowieka, któremu ktoś powiedział, że czasami warto zagrać ciszej.

Popoff jest dość krytyczny wobec produkcji albumu. Zwraca uwagę, że perkusja potrafi zdominować brzmienie, a całość bywa zwyczajnie męcząca dla uszu.

I coś w tym jest. „Wiped Out” nie jest płytą, którą można polecić jako przykład perfekcyjnej realizacji studyjnej.

Tylko czy w 1982 roku właśnie o perfekcję chodziło?

Album nagrany w kilka dni

W książce Popoff przytacza wypowiedź Johna Gallaghera, który wspomina, że materiał powstał bardzo szybko, a nagranie całości zajęło prawdopodobnie zaledwie sześć lub siedem dni.

Muzycy dysponowali świeżymi kompozycjami, których nie wykorzystali na debiucie „Rock Until You Drop”, i chcieli nagrać coś naprawdę szalonego.

To słychać.

Nie ma tutaj nadmiernego wygładzania, poprawiania każdego dźwięku czy podporządkowywania muzyki oczekiwaniom radiowych stacji.

Jest za to ogromna energia i wrażenie, że zespół gra na granicy własnych możliwości.

Dlaczego warto wrócić do „Wiped Out”?

W Raven interesuje mnie przede wszystkim moment historyczny.

Jesteśmy w 1982 roku. Heavy metal przyspiesza. Coraz większego znaczenia nabiera agresja, tempo i surowość brzmienia. Za chwilę pojawią się albumy, które na dobre zdefiniują thrash metal.

A Raven już wtedy gra tak, jakby ktoś nacisnął przycisk przyspieszenia.

„Wiped Out” nie jest płytą elegancką. Nie jest też szczególnie łatwa w odbiorze. Ale ma coś, czego nie da się uzyskać samą techniką studyjną – autentyczną, młodzieńczą bezczelność.

To jeden z tych albumów, które pomagają zrozumieć, skąd wzięła się późniejsza fascynacja metalem granym coraz szybciej i coraz głośniej.

I chyba właśnie dla takich odkryć warto przeglądać ranking Popoffa od końca.


Nasz licznik

Miejsce: 494/500
Wykonawca: Raven
Album: „Wiped Out”
Rok: 1982
Wytwórnia: Neat Records
Punkty w rankingu: 122
Przesłuchanych pozycji: 7
Do końca: 493

ZAGADKA – CO ZNAJDUJE SIĘ NA MIEJSCU 493?

Ostatnio pojawiły się uwagi, że moje zagadki są zbyt łatwe. W takim razie tym razem nie będzie prostego wskazania kraju pochodzenia, roku wydania i pierwszych liter nazwy.

Spróbujcie rozszyfrować następujące tropy:

Wskazówka 1 – Zmiana instrumentarium

W porównaniu z dzisiejszym bohaterem rankingu następna płyta przeniesie nas do zupełnie innego świata. Sama gitara, bas i perkusja już nie wystarczą. Ważną rolę odegra instrument, który równie dobrze mógłby znaleźć się w sali koncertowej muzyki klasycznej.

Wskazówka 2 – Głos, który zmienia reguły

Wokal nie będzie przypominał ani Johna Gallaghera, ani klasycznych metalowych frontmanów. Bliżej mu do zupełnie innej tradycji muzycznej.

Wskazówka 3 – Literatura i fantastyka

Twórcy kolejnego albumu chętnie sięgają po wyobraźnię, baśnie i światy, w których rzeczywistość przestaje podlegać zwyczajnym zasadom.

Co to za zespół i jaki album?

Pierwsza osoba, która poda prawidłową odpowiedź, otrzyma 20% rabatu na dowolny album metalowy z półki Klubu Starej Płyty.

Powodzenia! Tym razem trzeba trochę pogłówkować. 🤘

#KlubStarejPłyty #MartinPopoff #Raven #WipedOut #NWOBHM #HeavyMetal #Vinyl #500MetalowychAlbumów

Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 496. Nirvana „Bleach”. Czy to w ogóle jest heavy metal?

Im dalej posuwam się w moim wyzwaniu z książką Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”, tym ciekawiej.

Za nami:

#500 Y&T – „Black Tiger”
#499 Savage – „Loose ’n Lethal”
#498 Holocaust – „The Nightcomers”
#497 Riot – „Narita”

I nagle przy numerze 496 następuje gwałtowna zmiana krajobrazu.

Nie NWOBHM. Nie klasyczny amerykański metal. Nie skórzane spodnie, solówki gitarowe i marzenia o stadionach.

Tylko:

#496 – Nirvana „Bleach”

I pierwsza myśl może być oczywista:

Co Nirvana robi w zestawieniu 500 najlepszych albumów heavy metalowych?

Właśnie dlatego ten ranking zaczyna mi się coraz bardziej podobać.

Zanim „Nevermind” zmienił wszystko

„Bleach” ukazał się w 1989 roku nakładem Sub Pop. Był debiutem Nirvany – zespołu, który dwa lata później miał kompletnie zmienić układ sił w muzyce rockowej.

Ale słuchając „Bleach”, najlepiej na chwilę o tym zapomnieć.

Nie ma jeszcze „Smells Like Teen Spirit”. Nie ma wielkich hal, MTV ani statusu głosu pokolenia.

Jest młody zespół z północno-zachodnich Stanów Zjednoczonych, który gra muzykę brudną, ciężką, powolną, punkową i momentami wręcz przygniatającą.

I właśnie ten ciężar interesuje Popoffa.

Black Sabbath spotyka punk

W załączonym fragmencie książki Popoff opisuje „Bleach” w sposób, który chyba najlepiej wyjaśnia obecność tej płyty w rankingu.

Słyszy tutaj połączenie powolnego, sabbathowego ciężaru z punkową energią, sprzężeniami gitar, mocną perkusją i charakterystycznym wokalem Kurta Cobaina.

To bardzo ciekawy sposób patrzenia na Nirvanę.

Bo kiedy dziś mówimy „Nirvana”, automatycznie pojawia się słowo grunge.

Ale kiedy po Riot, Holocaust i Savage włączymy „Bleach”, nagle okazuje się, że odległość między tymi światami wcale nie jest tak ogromna.

Posłuchajcie choćby „Blew”, „Paper Cuts” czy „Negative Creep”.

To nie jest muzyka, która przeprasza, że jest ciężka.

Grunge jako bunt przeciwko… metalowi?

I tutaj Popoff stawia znacznie ciekawszą tezę.

„Bleach”, razem z pierwszymi nagraniami Soundgarden i Mudhoney, traktuje jako jeden z fundamentów rodzącej się sceny Seattle.

Ale ta scena nie była tylko kolejnym gatunkiem muzycznym.

Była również reakcją na to, czym pod koniec lat 80. stała się część popularnego heavy metalu.

Wielkie produkcje.

Wielkie fryzury.

Wielkie teledyski.

Wielkie budżety.

I coraz więcej blichtru.

A tutaj nagle pojawia się coś zupełnie odwrotnego.

Brud. Hałas. Sprzężenie. Prostota.

Żadnej potrzeby wyglądania jak gwiazda rocka.

I właśnie to jest dla mnie w Nirvanie szczególnie ciekawe.

Muzyka przeciwko blichtrowi

Słuchając Nirvany, zawsze mam podobne odczucie: chęć walki z blichtrem. Robienia wszystkiego inaczej – z pasją, efektywnie, ale bez niepotrzebnych upiększeń.

„Bleach” pokazuje tę filozofię chyba jeszcze wyraźniej niż późniejsze płyty.

Nie ma tutaj jeszcze zespołu świadomego swojej przyszłej pozycji.

Jest grupa, która po prostu chce grać po swojemu.

I paradoksalnie właśnie ta niedoskonałość jest największą siłą albumu.

Nie wszystko musi być idealnie wypolerowane.

Czasami muzyka ma po prostu uderzyć.

Metal, punk, grunge – czy naprawdę trzeba wybierać?

Po tej płycie jeszcze bardziej przekonuje mnie pomysł Popoffa na ten ranking.

Bo gdyby „500 najlepszych albumów heavy metalowych” oznaczało po prostu 500 płyt brzmiących podobnie do Judas Priest czy Iron Maiden, po pewnym czasie zrobiłoby się nudno.

Popoff traktuje „heavy” szerzej.

Interesuje go również ciężar.

A „Bleach” ciężaru ma mnóstwo.

Nie jest to klasyczny heavy metal. Oczywiście.

Ale Black Sabbath + punk + sprzężenia + agresja + ciężkie riffy?

Z takiej perspektywy miejsce Nirvany w tej książce przestaje być aż tak dziwne.

A potem wszystko się zmieniło

Najbardziej fascynujące jest słuchanie „Bleach” ze świadomością tego, czego muzycy jeszcze nie mogli wiedzieć.

Dwa lata później ukaże się „Nevermind”.

Nirvana stanie się jednym z największych zespołów świata.

Grunge wejdzie do mainstreamu.

A estetyka rocka początku lat 90. zmieni się niemal z dnia na dzień.

Dlatego „Bleach” brzmi dla mnie jak zdjęcie wykonane sekundę przed eksplozją.

Jeszcze nic się nie wydarzyło.

Ale lont już się pali.

Stan wyzwania

🎧 Przesłuchane: 5/500
🔥 #496 Nirvana – „Bleach”
📅 1989
🇺🇸 Seattle / Aberdeen, Washington
💿 Sub Pop
🎸 Grunge, punk i dużo sabbathowego ciężaru
💡 Największe zaskoczenie: jak naturalnie „Bleach” pasuje do opowieści o ewolucji ciężkiej muzyki
⏳ Do końca: 495 albumów

A teraz…

KONKURS – co jest na miejscu 495?

Ostatnim razem narzekaliście, że zagadki są za łatwe.

Przy Nirvanie rzeczywiście trochę przesadziłem z podpowiedziami. 😂

Teraz łatwo nie będzie.

Jak zawsze: pierwsza osoba, która poda zespół i tytuł albumu, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

Zaczynamy.

🔥 Wskazówka nr 1

Znowu będzie można zapytać:

„Co TA płyta robi w książce o heavy metalu?”

I podobnie jak przy Nirvanie odpowiedź jest ciekawsza niż proste przypisanie zespołu do gatunku.

🔥 Wskazówka nr 2

Szukamy debiutanckiego albumu amerykańskiego zespołu.

Ale uwaga: największy światowy rozgłos przyniesie mu nie ten album, lecz coś nagranego przed publicznością i bardzo daleko od rodzinnego domu.

🔥 Wskazówka nr 3

Wizerunkowo zespół wyglądał trochę tak, jakby dwóch jego członków przyszło z jednego zespołu, a dwóch pozostałych przez pomyłkę weszło do garderoby z zupełnie innego koncertu.

I właśnie ten kontrast stał się jednym z jego znaków rozpoznawczych.

🔥 Wskazówka nr 4

Jeden z gitarzystów zrobił z niepozornego elementu garderoby coś w rodzaju własnego rockowego znaku firmowego.

Nie chodzi o kapelusz Slasha.

Nie chodzi o szkolny mundurek Angusa Younga.

I nie chodzi o makijaż Kiss.

🔥 Wskazówka nr 5

Następny zespół wywarł spory wpływ na muzyków, którzy później grali znacznie ciężej.

A jeden z najbardziej znanych frontmanów grunge’u należał do jego wielkich fanów.

Tak – znowu gdzieś pojawia się cień Nirvany.

🔥 Wskazówka nr 6

Największy przełom w karierze tej grupy nastąpił dzięki albumowi koncertowemu nagranemu w kraju, w którym zespół osiągnął wielką popularność wcześniej niż w USA.

🇯🇵

Więcej geografii nie będzie. 😎

🔥 Wskazówka nr 7

Tytuł poszukiwanej płyty nie pomoże Wam absolutnie w niczym.

Dlaczego?

Bo brzmi dokładnie tak samo jak nazwa zespołu.

Czyli szukamy:

[ZESPÓŁ] – „[ZESPÓŁ]”

I na tym koniec.

Nie będzie „pierwszej litery”.
Nie będzie największego przeboju.
Nie będzie nazwiska gitarzysty.

Kto poda zespół i tytuł albumu z miejsca 495?

A dodatkowo napiszcie, po której wskazówce wiedzieliście już na pewno.

Jeśli po pierwszej – zaczynam podejrzewać, że ktoś jednak ma książkę Popoffa pod ręką. 😂

🤘 Ciąg dalszy nastąpi. Zostało 495 płyt!

#KlubStarejPłyty #500MetalowychAlbumów #Nirvana #Bleach #Grunge #HeavyMetal #KurtCobain #SubPop #Vinyl #Winyl #MetalNaWinylu

Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 497. Riot „Narita”. Amerykanie, którzy mogli wyprzedzić swój czas

Kontynuuję podróż przez „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time” Martina Popoffa. Zaczęliśmy od numeru 500 i powoli wspinamy się w górę.

Były już Y&T „Black Tiger”, Savage „Loose ’n Lethal” i Holocaust „The Nightcomers”. Teraz cofamy zegar jeszcze bardziej – do 1979 roku.

I tym razem trafiamy do Nowego Jorku.

#497 – Riot „Narita”

Przyznam, że Riot znałem, ale „Narita” nigdy nie należała do płyt, do których regularnie wracałem. Tym bardziej byłem ciekaw, dlaczego Popoff umieścił ją w swojej pięćsetce.

Po przesłuchaniu zaczynam rozumieć.

To ciekawy dokument momentu, w którym hard rock zaczyna już bardzo wyraźnie przeobrażać się w heavy metal.

„Narita” to drugi album Riot, wydany w 1979 roku. Zespół założył gitarzysta Mark Reale, a na tej płycie śpiewał Guy Speranza.

I właśnie głos Speranzy jest jedną z pierwszych rzeczy, które zwracają uwagę.

„Głos metalowego boga”

Popoff nie bawi się tutaj w półśrodki – pisze o Speranzie jako wokaliście dysponującym głosem godnym „metalowego boga”.

Trochę patetycznie?

Być może.

Ale gdy włączymy „Waiting for the Taking”, „49er”, „Kick Down the Wall” czy „Road Racin’”, łatwo zrozumieć, dlaczego właśnie wokal był jednym z największych atutów Riot.

Jest wysoko, melodyjnie i mocno. Nie jest to jeszcze metal lat 80. w formie, którą znamy później z setek płyt. Słychać hard rock, słychać lata 70., ale metal stoi już właściwie za drzwiami.

A momentami nawet przestaje pukać.

Zespół, który dopiero odkrywał, czym chce być

Bardzo ciekawy jest fragment wspomnień Marka Reale przytoczony przez Popoffa.

Przy pierwszej płycie, „Rock City”, muzycy właściwie nie mieli jeszcze sprecyzowanej koncepcji zespołu. Przynosili utwory hardrockowe, metalowe, a nawet bardziej popowe i próbowali znaleźć własny kierunek.

„Narita” była drugim krokiem.

Muzyka stała się bardziej spójna, bardziej zdecydowana i – powiedziałbym – bardziej świadoma własnej siły.

Popoff określa album jako jeden z dwóch „świętych Graali” katalogu Riot. Według niego właśnie tutaj zespół osiągnął formę pozwalającą myśleć nawet o dużych scenach.

Historia potoczyła się jednak inaczej.

Amerykanie, których bardziej chcieli Brytyjczycy

I tutaj pojawia się jeden z paradoksów historii Riot.

W chwili gdy w Wielkiej Brytanii zaczynała eksplodować nowa fala heavy metalu, amerykański Riot był postrzegany jako zespół, który mógł stanąć na czele podobnego ruchu w USA.

Tyle że ten wielki przełom nigdy nie nastąpił.

Co ciekawe, zespół zdobywał zainteresowanie właśnie w Wielkiej Brytanii, podczas gdy w rodzinnych Stanach długo nie mógł przebić się w podobnym stopniu. W 1980 roku brytyjski „Record Mirror” pisał, że „Narita” dobrze radziła sobie w zestawieniach heavy metalowych i w sprzedaży importowej, choć wcześniej amerykańskie wytwórnie wykazywały Riot niewielkie zainteresowanie.

To jedna z tych historii rocka, przy których można się zastanawiać:

co by było, gdyby…?

Jest też „Born to Be Wild”

Na albumie znajduje się dziesięć utworów, a pomiędzy autorskimi kompozycjami Riot pojawia się klasyk Steppenwolf – „Born to Be Wild”.

Pomysł oczywisty?

Dzisiaj może tak.

Ale w wykonaniu Riot pasuje do tej płyty znakomicie. Zespół bierze utwór kojarzony z końcem lat 60. i pokazuje, jak niewiele potrzeba, aby przesunąć go w stronę rodzącego się heavy metalu.

Mnie jednak bardziej przekonują autorskie numery.

Szczególnie „Road Racin’” – kawałek, który stał się jednym z koncertowych pewniaków zespołu.

A „Narita”?

Tytułowa „Narita” jest utworem instrumentalnym.

Sama nazwa nawiązuje oczywiście do japońskiej Narity i lotniska obsługującego Tokio. Nieprzypadkowo Japonia stała się później jednym z rynków, na których Riot cieszył się szczególnym uznaniem.

A skoro mówimy o Japonii, nie sposób nie wspomnieć o okładce.

Maskotką Riot stała się osobliwa focza głowa, znana jako Johnny/Tior. Na okładce „Narita” pojawia się w stroju sumo.

Jeżeli ktoś twierdzi, że metalowe okładki zawsze muszą być mroczne i śmiertelnie poważne, Riot ma dla niego argument ostateczny:

foka-sumita.

I trudno to przebić.

Jak mi się tego słuchało?

Bardzo dobrze.

Z dotychczasowych pozycji tego wyzwania „Narita” jest dla mnie jedną z tych płyt, przy których najmniej trzeba brać poprawkę na wiek nagrania.

Oczywiście słychać rok 1979. Ale jest tutaj świetna gitara, bardzo dobry wokal, melodie i energia.

Przede wszystkim zaś zaczynamy słyszeć coś, co za chwilę eksploduje.

W Wielkiej Brytanii nadchodzi NWOBHM. Iron Maiden wydadzą debiut w 1980 roku. Def Leppard – również.

A Riot nagrywa „Narita” w 1979.

I właśnie dlatego ta płyta jest dla mnie ciekawsza historycznie, niż początkowo przypuszczałem.

Stan wyzwania

🎧 Przesłuchane: 4/500
🔥 #497 Riot – „Narita”
📅 1979
🇺🇸 Nowy Jork, USA
🎤 Guy Speranza
🎸 Mark Reale
💿 10 utworów, w tym „Born to Be Wild”
✈️ Kierunek: Narita
⏳ Do końca: 496 płyt

I właśnie miejsce 496 przynosi zmianę, której po dotychczasowych czterech płytach raczej bym się nie spodziewał…


KONKURS – co jest na miejscu 496?

Dostałem sygnały, że moje poprzednie zagadki były zdecydowanie za łatwe.

Przyjąłem krytykę. 😎

Dlatego tym razem nie będzie nazwy kraju, miasta, roku wydania ani zabawy w pierwsze litery. A wskazówki będą pojawiać się od najtrudniejszej do coraz łatwiejszej.

Spróbujcie zgadnąć po pierwszych dwóch.

🔥 Wskazówka nr 1

Szukamy płyty zespołu, który w momencie jej nagrywania znajdował się bardzo daleko od światowej sławy.

Tak daleko, że koszt nagrania albumu był śmieszzną kwotą w porównaniu z budżetami wielkich rockowych produkcji.

🔥 Wskazówka nr 2

Producent tej płyty miał później współpracować z tym samym zespołem jeszcze wielokrotnie i odegrać ogromną rolę w stworzeniu jego charakterystycznego brzmienia.

Ale na początku nikt nie wiedział, dokąd ta współpraca zaprowadzi.

🔥 Wskazówka nr 3

To debiut.

Ale gdy ktoś zna zespół wyłącznie z jego największego światowego sukcesu, może być mocno zaskoczony.

Ta płyta brzmi brudniej, ciężej, bardziej punkowo i znacznie mniej przebojowo.

🔥 Wskazówka nr 4

Na albumie znalazł się utwór, którego tytuł jest nazwiskiem pewnego człowieka.

Nie był muzykiem.

Nie był producentem.

Nie był też przyjacielem zespołu.

Za to jego historia była na tyle ponura, że idealnie pasowała do muzyki.

😈

I teraz pytanie: zespół i tytuł płyty z miejsca 496?

Jak zawsze pierwsza osoba, która poda prawidłową odpowiedź, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

Ale tym razem proponuję jedną dodatkową zasadę:

napiszcie również, po której wskazówce wiedzieliście już, o jaką płytę chodzi.

Zobaczymy, czy rzeczywiście udało mi się wreszcie zrobić zagadkę, której nie rozwiążecie w 15 sekund. 😂

Google nadal nie jest członkiem jury. Popoff też chwilowo zamyka książkę.

🤘 Ciąg dalszy nastąpi. Zostało 496 płyt!

#KlubStarejPłyty #500MetalowychAlbumów #Riot #Narita #HeavyMetal #HardRock #MarkReale #GuySperanza #Vinyl #Winyl #MetalNaWinylu

Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 498. Holocaust „The Nightcomers”. Szkoccy nastolatkowie, którzy nie wiedzieli, że tworzą historię

Jedziemy dalej z moim wyzwaniem: 500 albumów z książki Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time” – od miejsca 500 aż do numeru 1.

Za nami Y&T „Black Tiger” i Savage „Loose ’n Lethal”. Przy Savage pojawił się pierwszy wyraźny trop prowadzący do Metalliki. I okazuje się, że przy pozycji 498… Metallica znowu pojawia się w tej historii.

Tym razem jedziemy do Szkocji.

#498 – Holocaust „The Nightcomers”

Holocaust – „The Nightcomers”, 1981 rok.

Już sama nazwa zespołu jest taka, że współczesny specjalista od marketingu prawdopodobnie poprosiłby muzyków o ponowne przemyślenie strategii marki.

Ale zostawmy nazwę. Ważniejsza jest muzyka.

I historia kilku bardzo młodych chłopaków, którzy – jak wynika ze wspomnień przytoczonych przez Popoffa – nie do końca zdawali sobie sprawę, że uczestniczą właśnie w narodzinach nowego metalu.

Mieli po 16–17 lat

To chyba najbardziej uderzyło mnie w historii tej płyty.

John Mortimer wspomina, że kiedy nagrywali swój pierwszy singiel, mieli około 16 lat. Gdy powstawał „The Nightcomers”, mieli mniej więcej 17 lat.

Siedemnaście.

W tym wieku człowiek zwykle próbuje dopiero zorientować się, co właściwie chce robić w życiu. Oni nagrywali album, który ponad dwadzieścia lat później trafił do zestawienia Popoffa.

Mortimer wspomina ten czas jako okres zwyczajnej młodzieńczej ekscytacji: chcieli dobrze się bawić, robić dużo hałasu i grać dobre piosenki.

Prosto i bez wielkiej filozofii.

I chyba właśnie dlatego ta muzyka nadal ma swój urok.

Bez planu podboju świata

Holocaust powstał w Edynburgu. W tamtym czasie szkocka scena metalowa była niewielka. Z relacji Mortimera wynika wręcz, że poza Holocaust niewiele było tam zespołów grających taką muzykę.

Nie było wielkiej sceny, menedżerów układających pięcioletnią strategię ani mediów zainteresowanych każdym nowym zespołem.

Było za to coś znacznie ważniejszego:

kilku młodych ludzi, instrumenty i ogromna chęć grania.

Popoff zwraca uwagę na jeszcze jeden ciekawy element. Zespół potrafił łączyć ciężkie granie z chwytliwością i niemal popową konstrukcją niektórych melodii.

I rzeczywiście – „The Nightcomers” nie jest ekstremalnym metalem. To wciąż muzyka bardzo mocno stojąca jedną nogą w hard rocku.

Ale druga noga znajduje się już zdecydowanie gdzie indziej.

Słychać, że coś się właśnie zaczyna

To chyba najciekawsze w słuchaniu tej płyty ponad 40 lat później.

Dzisiaj znamy już dalszy ciąg historii.

Wiemy, czym stał się NWOBHM. Wiemy, co chwilę później zrobiły Iron Maiden, Saxon czy Diamond Head. Wiemy też, jak brytyjskie zespoły wpłynęły na młodych muzyków w USA.

Ale Holocaust tego nie wiedział.

Mortimer wspomina, że dopiero kiedy pojawił się „The Nightcomers”, zaczęli orientować się, że w Wielkiej Brytanii dzieje się coś większego. Zaczęły pojawiać się kolejne zespoły, a muzycy poczuli, że należą do pewnego ruchu.

I tutaj robi się naprawdę ciekawie.

I znowu pojawia się Metallica…

John Mortimer wspomina w książce Popoffa, że pamięta pierwszą trasę Def Leppard jako supportu AC/DC. Holocaust był wtedy młodym zespołem funkcjonującym w tej samej rodzącej się kulturze.

A kilka lat później muzyką Holocaust zainteresowała się Metallica.

Metallica nagrała cover utworu „The Small Hours”, który znalazł się na EP „The $5.98 E.P. – Garage Days Re-Revisited”.

Co ciekawe, „The Small Hours” nie pochodzi z „The Nightcomers” – znalazł się wcześniej na koncertowej EP „Live from the Raw Loud 'n’ Live Tour”. Ale pokazuje, dokąd sięgał wpływ tego małego szkockiego zespołu.

I to jest już drugi raz z rzędu.

#499 Savage – inspiracja dla młodej Metalliki.

#498 Holocaust – zespół, którego utwór Metallica później nagrała.

Zaczynam podejrzewać, że gdy dojdę do miejsca 1, przy okazji będę miał całkiem niezłą mapę muzycznego DNA Metalliki.

A jak brzmi „The Nightcomers” dzisiaj?

Surowo.

I bardzo dobrze.

Nie ma tutaj perfekcyjnej produkcji. Nie ma komputerowej precyzji. Nie ma też poczucia, że każdy dźwięk został przeanalizowany przez sztab producentów.

Jest za to młodzieńcza energia.

Trochę hard rocka. Trochę tego, co za chwilę zaczniemy już jednoznacznie nazywać heavy metalem. Chwytliwe refreny, proste konstrukcje, gitary i przede wszystkim entuzjazm.

Słuchając tego albumu, warto pamiętać:

oni mieli około 17 lat.

To zmienia perspektywę.

I właśnie dlatego robię ten ranking

Gdybym postanowił przesłuchać 50 największych albumów metalowych, prawdopodobnie większość z nich już bym znał.

Przy 500 płytach zaczyna się prawdziwa archeologia.

Savage.

Holocaust.

Zespoły, które nie zostały światowymi gwiazdami, ale których muzyki słuchali ludzie, którzy później tymi gwiazdami zostali.

I właśnie takie odkrycia interesują mnie tutaj najbardziej.

Stan wyzwania:

🎧 Przesłuchane: 3/500
🔥 #498 Holocaust – „The Nightcomers”
📅 1981
🏴 Szkocja
🤘 NWOBHM
👦 Wiek muzyków: około 17 lat
🔗 Ślad w historii: m.in. Metallica
⏳ Do końca: 497 płyt

A teraz oczywiście…

KONKURS – co znajduje się na miejscu 497?

Tym razem opuszczamy Wielką Brytanię.

Lecimy za Atlantyk. I skoro mówię „lecimy”, to nie jest to słowo przypadkowe. ✈️

Jak zawsze: pierwsza osoba, która poda nazwę zespołu i tytuł albumu, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

Podpowiedzi:

👉 1. Cofamy się jeszcze bardziej.
„The Nightcomers” było z 1981 roku. Następna płyta pochodzi z 1979. Metal dopiero nabiera rozpędu.

👉 2. Wracamy do USA. 🇺🇸
Konkretnie – Nowy Jork.

👉 3. Nazwa zespołu oznacza coś, czego organizator koncertu zdecydowanie nie chce zobaczyć pod sceną.
Dużo ludzi, dużo emocji, policja… i koncert może skończyć się wcześniej niż bis. 😎

👉 4. Tytuł płyty zabiera nas bardzo daleko od Nowego Jorku.
Do Japonii. 🇯🇵

👉 5. Kto latał do Tokio, może znać tę nazwę bez znajomości heavy metalu.
Przydaje się paszport. Jeszcze bardziej karta pokładowa. ✈️

👉 6. To nazwa miasta, ale dla milionów podróżnych kojarzy się przede wszystkim z jednym z lotnisk obsługujących Tokio.

I podpowiedź ostatniej szansy:

Zespół = coś pomiędzy demonstracją a totalnym chaosem.
Album = miejsce, w którym można wylądować, lecąc do Tokio.

Teraz już więcej powiedzieć nie mogę, bo musiałbym pokazać okładkę. 😂

Kto zgadnie #497?

Google tradycyjnie siedzi na ławce rezerwowych, a książkę Martina Popoffa proszę na chwilę odłożyć. 😉

🤘 Ciąg dalszy nastąpi. Jeszcze tylko 497 albumów!

#KlubStarejPłyty #500MetalowychAlbumów #Holocaust #TheNightcomers #NWOBHM #HeavyMetal #Metal #Vinyl #Winyl #MetalNaWinylu

Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 499. Savage „Loose ’n Lethal”. Przypadkiem genialne?

Jedziemy dalej z moim wyzwaniem inspirowanym książką Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”. Plan pozostaje bez zmian: przesłuchać wszystkie 500 płyt, zaczynając od końca, sprawdzić, jak brzmią po latach, i przy okazji zobaczyć, czy da się je zdobyć na winylu.

Miejsce 500 zajmował Y&T – „Black Tiger”. Było dobrze. Klasyczny amerykański metal początku lat 80.

Teraz przeskakujemy przez Atlantyk.

Miejsce 499: Savage – „Loose ’n Lethal”

I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Savage to brytyjski zespół należący do nurtu NWOBHM – New Wave of British Heavy Metal, a „Loose ’n Lethal” jest jego debiutanckim albumem, wydanym w 1983 roku przez Ebony Records.

Przyznam od razu: tej płyty wcześniej nie znałem.

I właśnie dla takich odkryć wymyśliłem sobie całe to 500-albumowe szaleństwo.

Trochę chaosu, trochę naiwności i dużo gitar

Popoff opisuje „Loose ’n Lethal” jako płytę niemal „przypadkiem genialną”. I kiedy czyta się historię jej powstawania, zaczyna być jasne, o co mu chodzi.

To nie jest album, który sprawia wrażenie wykalkulowanego przy wielkim stole wytwórni. Wręcz przeciwnie.

Z relacji muzyków przytoczonych w książce wynika, że podstawowe partie rytmiczne nagrywano na żywo, bez click tracków i bez przesadnego kombinowania. Muzycy wchodzili i grali. Dopiero później dogrywano niektóre partie gitar.

I właśnie tę spontaniczność słychać.

Kiedy przy drugim albumie „Hyperactive” zaczęto nagrywać bardziej metodycznie – najpierw perkusję, ścieżki pomocnicze, później gitary – sami muzycy mieli poczucie, że gdzieś zniknęła iskra obecna na debiucie.

„Loose ’n Lethal” brzmi natomiast tak, jakby ktoś powiedział:

Panowie, wzmacniacze są? Są. Gitary są? Są. To grać!

I poszli.

Brud jest tutaj zaletą

Produkcja jest surowa, momentami wręcz brudna. Ale właśnie dzięki temu album ma charakter.

Nie próbowałbym go „naprawiać”.

Gitary są mocne, riffy bezczelne, perkusja wali prosto z mostu, a całość ma w sobie tę charakterystyczną dla początku lat 80. atmosferę, kiedy heavy metal jeszcze nie do końca wiedział, czym za chwilę się stanie.

Savage miesza klasyczny hard rock i NWOBHM z momentami szybszym, bardziej agresywnym graniem. Z dzisiejszej perspektywy można w tym usłyszeć zapowiedź tego, co za chwilę zrobią zespoły thrashmetalowe.

I tutaj pojawia się Metallica.

Metallica słuchała Savage

Najważniejszym utworem na płycie jest otwierający album „Let It Loose”.

Nie tylko dlatego, że świetnie rozpoczyna płytę.

Utwór znała młoda Metallica – Savage podaje, że Metallica wykonywała „Let It Loose” już w 1982 roku, zanim ukazał się album „Loose ’n Lethal”.

To już zmienia perspektywę.

Słuchając tej płyty dzisiaj, łatwo potraktować Savage jako kolejny zapomniany zespół NWOBHM. Tymczasem okazuje się, że gdzieś w Kalifornii młodzi muzycy, którzy za chwilę mieli zmienić historię metalu, słuchali właśnie takich rzeczy.

I nagle „Loose ’n Lethal” zaczyna brzmieć nie jak muzyczna ciekawostka, ale jak jeden z brakujących elementów układanki prowadzącej od NWOBHM do thrash metalu.

Co ciekawe – oni sami chyba nie wiedzieli, co stworzyli

Najbardziej podoba mi się fragment historii przytoczonej przez Popoffa, w którym muzycy wspominają swoją ówczesną naiwność.

Nie było wielkiej strategii. Nie było planowania kariery na pięć albumów do przodu. Było granie.

I może dlatego ta płyta ma tyle energii.

Czasami brak pieniędzy, doświadczenia i producenta mówiącego wszystkim, co mają robić, okazuje się całkiem skuteczną metodą produkcji heavy metalu.

Naiwność bywa twórcza.

Zwłaszcza jeśli do naiwności dołożyć głośny wzmacniacz.

Jak mi się tego słuchało?

Bardzo dobrze. I lepiej niż miejsca 500.

„Black Tiger” Y&T było dla mnie przyjemnym spotkaniem z klasycznym amerykańskim metalem.

Savage ma jednak coś jeszcze – surowość i poczucie niekontrolowanej energii.

„Let It Loose” jest świetnym otwarciem, ale warto przejść przez całość: „Cry Wolf”, „Berlin”, „Dirty Money”, „Ain’t No Fit Place”, „On The Rocks”, „The China Run” i „White Hot”. Oryginalny album zawiera osiem utworów i trwa około 35 minut.

Bez wypełniaczy potrzebnych do dobicia do 70 minut.

Wchodzimy. Gramy. Wychodzimy.

Takie płyty bardzo dobrze starzeją się na winylu.

Stan mojego wyzwania:

🎧 Przesłuchane: 2/500
📚 Pozycja: 499
🤘 Savage – „Loose ’n Lethal”
📅 1983
🇬🇧 NWOBHM
🔥 Odkrycie? Zdecydowanie TAK
⏳ Do końca: 498 płyt

I zaczynam rozumieć, że ten eksperyment może być znacznie ciekawszy, niż zakładałem.

Bo jeżeli już przy numerze 499 znajduję płytę, której wcześniej nie znałem, a która okazuje się jednym z elementów historii prowadzącej do Metalliki, to co będzie dalej?


KONKURS – zgadujemy miejsce 498

Poprzednia zagadka prowadziła do Savage. Teraz robi się trochę… mroczniej.

Jak zwykle: pierwsza osoba, która poda prawidłową nazwę zespołu i albumu z miejsca 498, otrzymuje 20% rabatu na dowolny metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

A oto wskazówki:

👉 Wskazówka nr 1: Zostajemy na Wyspach, ale przesuwamy się na północ. Anglia już nie wystarczy. Przyda się szkocki akcent.

👉 Wskazówka nr 2: Płyta jest jeszcze starsza od Savage. Cofamy zegarek do 1981 roku, czyli sam środek eksplozji NWOBHM.

👉 Wskazówka nr 3: Nazwa zespołu jest wyjątkowo ciężkiego kalibru. Powiedzmy, że gdyby wpisać ją bez żadnego kontekstu do wyszukiwarki, heavy metal prawdopodobnie nie byłby pierwszym wynikiem.

👉 Wskazówka nr 4: Tytuł albumu sugeruje kogoś, kto pojawia się wtedy, gdy większość przyzwoitych ludzi już śpi. 🌙

👉 Wskazówka nr 5: Debiut. Szkocja. 1981. NWOBHM. Nocni goście. I nazwa zespołu, której zdecydowanie nie polecam krzyczeć na lotnisku.

Teraz powinno być już trochę łatwiej. 😈

Kto zgadnie miejsce 498?

Tylko uczciwie – bez szukania listy Popoffa. Google nadal nie zasiada w jury.

Ciąg dalszy nastąpi… 🤘

Opublikowano

500 metalowych płyt. Zaczynam od końca – Y&T „Black Tiger”

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”. I oczywiście od razu mnie zaciekawiła.

Mam słabość do wszelkiego rodzaju rankingów muzycznych. Można się z nimi zgadzać, można się kłócić, można z oburzeniem pytać: „Jakim cudem ta płyta jest dopiero na tym miejscu?” albo „Co TO tutaj w ogóle robi?”. I chyba właśnie dlatego takie zestawienia są ciekawe.

Książka Popoffa ukazała się w 2004 roku, a więc ma już 22 lata. Z punktu widzenia historii muzyki to całkiem sporo – przez ten czas metal zdążył dorobić się kolejnych ważnych zespołów, albumów i całych nowych pokoleń słuchaczy.

Z drugiej strony moje największe romanse z cięższą muzyką przypadają raczej na czasy sprzed 2004 roku. Pomyślałem więc: sprawdzam!

500 płyt – od końca do początku

Ranking nie jest wyłącznie prywatnym wyborem autora. Martin Popoff zebrał opinie dziennikarzy, muzyków i swoich znajomych związanych ze światem ciężkiej muzyki. Na podstawie głosów powstała lista 500 najważniejszych – ich zdaniem – albumów heavy metalowych wszech czasów.

Postanowiłem rzucić sobie małe wyzwanie:

przesłuchać wszystkie płyty z rankingu – od miejsca 500 aż do numeru 1.

Niektóre oczywiście znam bardzo dobrze. Inne kojarzę, ale dawno ich nie słuchałem. Podejrzewam jednak, że znajdzie się też sporo takich, z którymi – podobnie jak z dzisiejszym bohaterem – spotkam się po raz pierwszy.

Ale będzie jeszcze jeden element tej zabawy.

W końcu prowadzę Klub Starej Płyty, więc przy każdym albumie będę sprawdzał:

Czy można go jeszcze kupić na winylu? Jakie wydania są dostępne? I – co najważniejsze – czy uda mi się zdobyć egzemplarz na półkę Klubu Starej Płyty?

Czy dotrę do miejsca numer 1? Zobaczymy. Przy 500 albumach trochę czasu to zajmie.

Będzie też konkurs

Żeby nie była to wyłącznie moja prywatna podróż przez historię metalu, dokładam do niej małą zabawę.

Po opisaniu kolejnej płyty będę prosił Was o wytypowanie albumu zajmującego następne miejsce w rankingu.

Czyli po numerze 500 będziemy zgadywać numer 499, później 498 itd.

Oczywiście pod jednym warunkiem: nie znajdujemy gotowego zestawienia w Internecie i nie kupujemy książki tylko po to, żeby oszukiwać! 🙂

Będę się starał podrzucać jakieś wskazówki. Na początku może być trudno, ale im bliżej czołówki, tym prawdopodobnie łatwiej będzie przewidzieć, jakie zespoły i albumy się pojawią.

A co można wygrać?

Osoba, która jako pierwsza prawidłowo odgadnie następną płytę, otrzyma:

20% rabatu na dowolnie wybrany album metalowy dostępny na półce Klubu Starej Płyty.

No dobrze. Książka otwarta. Gramofon gotowy.

Jedziemy od końca.

Miejsce 500: Y&T – „Black Tiger”

Pierwszym albumem mojego wyzwania jest:

Y&T – „Black Tiger”

Płyta ukazała się w 1982 roku i – przyznaję – dla mnie było to pierwsze świadome spotkanie z tym albumem.

I pierwsze wrażenie?

Całkiem niezłe.

Nie będę udawał, że po pierwszym przesłuchaniu „Black Tiger” trafił na moją prywatną listę dziesięciu płyt, które zabrałbym na bezludną wyspę. Ale słuchałem go z przyjemnością.

To jest porządny, amerykański metal z początku lat 80. – melodyjny, gitarowy, energetyczny i stojący gdzieś na granicy klasycznego hard rocka i rodzącej się właśnie amerykańskiej odmiany heavy metalu.

Jeżeli ktoś polubił Mötley Crüe choćby po obejrzeniu filmu „The Dirt” na Netflixie i zaczął później odkrywać amerykańską scenę metalową lat 80., powinien spróbować również Y&T.

A jeżeli ktoś słuchał takich rzeczy już wtedy, kiedy były nowością – zapewne doskonale wie, o czym mówię.

Dla mnie było to odkrycie.

Nie objawienie. Ale zdecydowanie płyta warta poznania.

I właśnie o to chodzi w całym tym eksperymencie. Nie chcę przesłuchiwać wyłącznie rzeczy, które już znam i lubię. Chcę sprawdzić, co ominąłem, co przetrwało próbę czasu, a co po ponad 40 latach brzmi już wyłącznie jak dokument swojej epoki.

A co z winylem?

Pierwsze zadanie wykonane.

„Black Tiger” udało mi się zdobyć na winylu i egzemplarz jest już na półce Klubu Starej Płyty.

Czyli po pierwszej pozycji wynik wygląda tak:

Przesłuchane: 1/500
Winyl znaleziony: TAK
Moja ocena po pierwszym spotkaniu: warto posłuchać
Do końca: tylko 499 płyt…

No i pierwsze pytanie konkursowe:

Jaki album znajduje się na miejscu 499 w „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”?

Żeby nie było, że zostawiam Was zupełnie bez pomocy, kilka wskazówek. Oczywiście takich, żeby trochę pomóc, ale przypadkiem nie powiedzieć za dużo. 😈

Wskazówka nr 1:
Szukamy zespołu z Wielkiej Brytanii. Czyli geograficznie jesteśmy zdecydowanie bliżej Iron Maiden niż Mötley Crüe.

Wskazówka nr 2:
Nazwa zespołu sugeruje, że muzycy raczej nie przyszli na herbatę o piątej i rozmowę o pogodzie. Jest w niej coś… dzikiego.

Wskazówka nr 3:
Album pochodzi z 1983 roku. Jeśli więc ktoś chce szukać odpowiedzi metodą archeologiczną, proszę kopać właśnie w tej warstwie metalu.

Wskazówka nr 4:
Tytuł płyty można potraktować jako ostrzeżenie BHP: coś jest tutaj puszczone luzem, a jednocześnie może okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Czyli raczej nie zostawiałbym tego bez nadzoru. 😉

Wskazówka nr 5:
Jeżeli połączymy dwie ostatnie wskazówki, wychodzi nam mniej więcej:
dziki + spuszczony ze smyczy + zabójczy.
Teraz zrobiło się już chyba podejrzanie łatwo…

Kto pierwszy poda nazwę zespołu i tytuł albumu z miejsca 499, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album dostępny na półce Klubu Starej Płyty.

Google nie jest członkiem jury. Książka Martina Popoffa też chwilowo powinna leżeć zamknięta. 😎

Czekam na typy! 🤘

A ja zabieram się za numer 499.

Ciąg dalszy nastąpi… 🤘

Klub Starej Płyty – słuchamy, szukamy winyli i sprawdzamy, czy rankingi sprzed lat nadal mają sens.

Opublikowano

Czy jazz umarł? Denzel Curry, DOMi & JD Beck

Na wrześniowej okładce DwonBeat pojawia się slogan, który co jakiś czas powraca – jazz umarł. Dyskusja akademicka, jazz jest i będzie grany, mało tego przenika do powszechnej wiadomości – często bez wiedzy słuchaczy, i część z nich dojdzie pewnie kiedyś do jazzu. Wykonawcy Denzel Curry, Domi &JD Beck wydali w 2022 roku doskonałe płyty które są tego przykładem.

Denzel Curry MELTE MY EYEZ SEE YOUR FUTURE

Okładka płyty winylowej artysty Denzel Curry o tytule Melt My Eyez See Your Future

Piąty album wykonawcy Denzel Curry zebrał doskonałe recenzje. Wykonawca zadbała o właściwe podłoże liryczne, jest świetnym raperem ze stażem już kilkupłytowym. Oprócz warstwy słownej doskonała jest warstwa muzyczna – uważana przez wielu krytyków za podejście renesansowe na poziomie południowego hip-hopu. Deznzel Curry przemyca dużo elementów jazzu, czy raczej neo-soul jazzu. Pierwszy utwór zwraca uwagę, z udziałem Roberta Glaspera, pianisty klawiszowca i producenta, który stał się ulubionym jazzowym artystą producentów hip-hopowych i artystów soulowych. Jego udział i produkcja potwierdzają długotrwały związek jazzu z gospel, bluesem i funkiem, oraz istnienie artystów jazzowych którzy interesują się także nowszymi formami muzyki np. hip-hopu i house’u. Polecam początek albumu czyli Melt Session #1 który płynnie przechodzi w doskonały Walkin. Denzel Curry łapie wyborny flow przy wspaniałej produkcji neo-soul jazz.

Denzel Curry WALKIN

DOMi & Jd Beck NOT TIGHT

Okładka płyty CD artysty Domi & JD Beck o tytule Not Tight

Druga płyta która świadczy, że Jazz ma się dobrze – to dziełko „cudownych dzieci”, naywanych „przyszłością jazzu” DOMi & JD BEck. Świetnie wyszktałcona Domi Louna wspaniale gra na instrumentach klawiszowych. Jej partner James Dennis Beck, w skrócie JD, od małego gra na perkusji, jamował między innnymi z muzykami Eryki Badduh. Współpracował już z takimi wykonawcami jak Snoop Dogg, Justin Timberlake czy Snarky Puppy. Od 2018 roku DOMi & JD Beck tworzą jazz, który jest równie dziki i kolorowy jak ich wyglą. Płyta ukazuje się nakładem szacownej wytwórni Blue Note. Grono gości jest szacowen: Thunder Cat, Mac De Marco. Herbie Hancock, Bista Rhymes, Snoop Dogg i Kurt Rosenwinkel. Starym wyjadaczom podobają się te młodziaki. Słuchając ich muzyki trudno nie zauważyć dlaczego, świetna oszczędna gra na klaiwszach DOMi, wirtuozeria perkusity – mieszanka doskonała. Intrygujące teledyski i doskonała gra na żywo – jazz nie umarł.

DOMi & JD BECK – SMiLE

DOMi & JD BECK: Tiny Desk Concert

Zildjian LIVE! – JD Beck (Featuring DOMi)

Opublikowano

Winyle nieoficjalne

Dawno temu czytałem o pirackich płytach z wypiekami na twarzy. W czasach gdy zdobycie oficjalnego winyla było cudem i wydatkiem ogromnym (70-80-te lata XX wieku), trudno było marzyć o zdobyciu pirata. Czasami takie wydawnictwo można było usłyszeć w eterze radiowym, gdy któryś pan redaktor zdobył takie cudo i odtworzył (pamiętam pan Janiszewskiego z rozgłośni Lubelskiej i jego pirackie longplaye Pink Floyd). Dźwięk najczęściej był marny, ale cóż to dla fana – mogłem usłyszeć koncert, o którym mogłem tylko pomarzyć. Potem piractwo przyjęło ogromne rozmiary – ale to zupełnie inna historia. Dzisiaj wśród oferty winyli możemy trafić na tak zwane wydawnictwa nieoficjalne – winyle nieoficjalne. Z jakością dźwięku jest różnie – ale są bardzo starannie wydane i stanowią cenne uzupełnienie kolekcji – szczególnie dla fanów.

Nine Inch Nails & David Bowie: Back In Anger: 1995 Radio Transmissions 4LP

Jest kilka wersji tego wydawnictwa. W roku 1995 na jednej scenie pojawili się David Bowie i Nine Inch Nails. Dawid Bowie zdecydował się na wspólne występy z będącą wtedy na ogromnej fali popularności grupą Trenta Reznora. Cóż to było za spotkanie. Całość składa się z koncertu Nine Inch Nails, wspólnego wsytępu oraz koncertu Davida. W tym przypadku mam do czynienia z transmisją radiową – jakość dźwięku jak na winyle nieoficjalne jest rewelacyjna. Ale jeżeli jest się fanem – to przeżywanie tego koncertu, pozwala zapomnieć o audiofilskich zapędach. Wydane w formie albumu cztery albumy – i muzycznie i edytorsko przynoszą wiele radości.

David Bowie Nine Inch Nails Hurt

Joy Division – Live In Preston, February 28, 1980 (180g) LP

Okładka płyty Joy Division - Live in Preston

W przypadku tej płyty, gorzej jest z jakością dźwięku, ale Joy Division pozostawili niewielki dorobek płytowy, więc fani wiele zniosą aby usłyszeć Iana Curtisa i spółkę na żywo. Winyle nieoficjalne Joy Division to już niezła kolekcja – zapotzrebowanie na ich muzykę i kult wokalisty jest ogromny. Z pozycji fana mogę powiedzieć, że ta płyta jest fascynująca. Jeżli ktoś jest audiofilem, nie zna Joy Division – odradzam – będzie narzekał na jakość dźwięku.

The Eternal – Joy Division (live at Preston Warehouse)

#davidbowie #nineinchnails #joydivision

Opublikowano

Justin K Broadrick i jego piekielna muzyka

Na kwietniową okładkę, kultowego magazynu The Wire, trafił pan Justin K Broadrick. W środku prawdziwa uczta dla fanów Napalm Death, Godflesh czy Jesu – wywiad i omówienie najważniejszych płyt artysty.

Napalm Death – Scum LP

»Scum« to debiutancki album brytyjskiego zespołu grindcore Napalm Death z 1987 roku. Jest uważany za jeden z najważniejszych albumów tego gatunku. Justin K Broadrick i koledzy, rozwalili wtedy system. Grali krótko, szybko, głośno i na temat. dramatyczny atak dźwiękowy na uszy powalił wielu. Miałem okazję zobaczyć Napalm Death – na żywo – niezapomniane przeżycie.

Wkład Broadricka w kamień milowy w muzyce ekstremalnej, jest znaczący. Dołączył do zespołu w 1985 roku. W momencie w którym grupa skupiła się na najwyższym dostępnym tempie hardcore punk i wyzwaniu, by go przyćmić. LP Scum z 28 utworami, pierwsza formalnie wydana muzyka Napalm Death, był nieoczekiwanym hitem na listach przebojów indie. Wskazywało to, że publiczność na taką muzyka była większa, niż ktokolwiek sobie wyobraża. Broadrick występuje tylko na pierwszej stronie, obok wokalisty/basisty Nicholasa Bullena i perkusisty Micka Harrisa – ich 12 piosenek nagranych w 1986 roku zawiera pojedynczy wokal dla gitarzysty „Polluted Minds” oraz ponure, stonowane riffy.

Napalm Death – Scum

Godflesh – Streetcleaner LP

Godflesh to pionierski industrial metalowy projekt byłego Justina K Broadricka.

Przełomowy debiutancki album »Street Cleaner« zawiera 10 klimatycznych i minimalistycznych industrialno-metalowych utworów, które zdefiniowały gatunek i postawiły zespół w lidze z takimi zespołami jak Ministry czy Type O Negative.

Warto przeczytać co mówi o muzyce Goodflesh, jej główny twórca:

„Łatwo jest pomyśleć, że muzyka tak dusząca jak Godflesh musi być usiana mizantropią. Ale chociaż można to zinterpretować jako celowo szokujące i zewnętrznie agresywne, poszukaj trochę głębiej i odkryjesz, że horror zawarty w pracy jest podobny do terapii, sposobu na okradanie demonów z ich mocy poprzez nazywanie ich. Jak stwierdza Marie Thompson w swojej książce Beyond Unwanted Sound, hałas może mieć pozytywne skutki, a przemyślenia Broadricka na ten temat zgadzają się z tą perspektywą.

„Piękno muzyki to dla mnie nie tylko transcendencja, ale wydaje się, że uczestniczy się w magicznym procesie. Jest coś niewidzialnego, coś, czego nigdy nie potrafię wyartykułować. I to jest dla mnie piękne. Ironia polega na tym, że nie jestem znany ze szczególnie przyjemnej muzyki.”

To brzydkie piękno rozciąga się na jego proces tworzenia muzyki. „To dosłownie przekracza wszystko, kiedy tworzę, właściwie jestem w tej chwili. Jestem tu teraz — mówi Broadrick. „I przewyższa cały ból, cały nadmiar duszących emocji, które odczuwałem przez całe życie. Ale tak naprawdę zacząłem to rozpoznawać dopiero, gdy dorosłem i zwolniłem, ponieważ wcześniej zawsze biegałem z nadmierną prędkością. Ciągle jestem niespokojny z ekspresją. Jestem całkowicie zanurzony w emocjach, które próbuję wyrazić i wydaje mi się, że to dla mnie koniec. I to jest integralne. Muszę tworzyć muzykę, która wydaje się, że to koniec”.

Godflesh „Like Rats”

Jesu/Sun Kil Moon – Jesu/Sun Kil Moon 2LP

Jednym z wielu projektów artysty jest Jesu. Mark Kozelek i Justin Broadrick wydają debiutancki album ich współpracy jako Jesu/Sun Kil Moon na albumie, który trwa 79 minut i zawiera gościnne wkłady Rachel Goswell, Low, Isaaca Brocka, Willa Oldhama i innych. Jedna z piosenek – »Exodus«, jest poświęcona zmarłemu synowi Nicka Cave’a.

Trafiłem na dobrą recenzję tego albumu na portalu https://rateyourmusic.com/release/album/jesu-sun-kil-moon/jesu-sun-kil-moon/

„Dla Kozelka był to jeden z pierwszych albumów, nad którymi pracował, wykorzystując swój strumień świadomościowego pisania piosenek. Dla Justina był to taki miszmasz stylów, porzucanie swoich industrialnych korzeni i po prostu dostarczanie muzyki dla mężczyzny, który lubi się włóczyć. To było tak dziwne połączenie i twórcza decyzja, że ​​nawet ja poczułem się zniechęcony tym pomysłem. Wokal Marka nie powinien w końcu pasować do instrumentacji Justina, prawda? Co dziwne… Jakoś pasują,

Kluczem do cieszenia się tym albumem jest zaakceptowanie stylu pisania piosenek Marka Kozelka . Jego piosenki są długie, znacznie częściej wypowiadane niż śpiewane i mogą być trudne do rozszyfrowania, porzucając dość bezpośrednią narrację swojego poprzedniego projektu. Jednocześnie – teksty strumienia świadomości pozwalają w pełni pokazać potencjał Marka nie tylko jako piosenkarza czy autora tekstów, ale bardziej jako prawdziwego pisarza, poety.

I jest jeszcze Justin Broadrick . Pomimo występów tutaj jako Jesu , jest całkiem jasne, że jest to znacznie bardziej solowe przedsięwzięcie Justina, co pozwala mu zaprezentować szeroką gamę stylów, z którymi pracował przez całą swoją karierę. Niektóre utwory to typowy styl inspirowany drone metalem shoegaze, podczas gdy na innych zagłębia się w produkcję elektroniczną, bawiąc się ambientem, glitchem i nie tylko. Jego instrumentalne partie bardzo się różnią, a jednak zawsze udaje im się dopasować do tonu tekstów Marka lub jego głosu.

Z tym (i ogólnym stylem i klimatem albumu) cała płyta przypomina trochę Lulu , co w żadnym wypadku nie jest inwektywą. Właściwie – kocham Lulu . Obie płyty zbudowane są na tym samym fundamencie – dwóch aktach z różnych światów, dzielących się wzajemnym szacunkiem i fascynacją, decydujących się na współpracę przy jednej płycie (w tym konkretnym przypadku na dwóch płytach), ostatecznie jednak dzielących publiczność.

Również inne elementy tego albumu były całkiem niezłe. Rachel Goswell ze Slowdive , współczesna legenda americana Bonnie „Prince” Billy , Alan Sparhawk z Low oraz Mimi Parker i Isaac Brock z Modest Mouse to nie tylko świetna gratka dla fanów, ale także ważny dodatek. Ogólnie rzecz biorąc – bardzo podobał mi się Jesu/Sun Kil Moon . Ponieważ ta płyta jest dziwna i niechlujna, z każdą powtórką robi się niesamowicie dobra. ” Autor: TacoAndrews

He’s Bad – Jesu/Sun Kil Moon

Opublikowano

Led Zeppelin – nieustanna celebracja.

Beth Hart – A Tribute To Led Zeppelin LP

Królowa bluesa Beth Harth wydała płytę Tribute To Led Zeppelin. Piosenkarka jest popularna w Polsce, często gościła na dawnej liście przebojów Trójki. Celebracja Led Zeppelin trwa długo po zakończeniu ich kariery. Trzeba przyznać, że pozostawili sporo doskonałych piosenek i jest co święcić. Beth Harth podeszła do tematu, po swojemu – stylowo i bluesowo – polecamy.

Beth Hart – Black Dog

Led Zeppelin: Celebration Day: Live 2007

Grafika okładki albumu Beth Harth mocno przypomina wielkie wydarzenie sprzed lat. W 2007 roku Led Zeppelin wystąpili razem na wspaniałym koncercie w londyńskiej hali 02 – uwiecznionym na DVD i CD. Odświeżyłem sobie ostatnio ten koncert. Warto wrócić – Panowie byli w wybornej formie. Wspaniale bębnij syn nieżyjącego perkusisty Jason Bonham. I ta publiczność, ze łzami w oczach, wspaniale reagująca na każdy utwór. O cenach biletów na ten koncert krążyły legendy.

Led Zeppelin – Kashmir (Live from Celebration Day)

Greta Van Fleet: Anthem Of The Peaceful Army

Wśród młodych twa celebracja Led Zeppelin dzięki zespołowi Greta Van Flet. Nie ukrywają fascynacji swoim wzorem. Robią to z młodzieńczą werwą. Niektórzy kręcą nosem – ale miło się tego słucha. Ich koncerty cieszą się dużym powodzeniem – sentyment do starych dobrych czasów wciąż pozostaje.

Greta Van Fleet – Highway Tune

Led Zeppelin: Led Zeppelin III (2014 Reissue) (remastered) (180g) (Deluxe Edition) 2LP

Czas celebracji Led Zeppelin wykorzystuje Jimi Page – starannie reedytuje albumy Led Zeppelin. Dodaje do każdego wydania ekstra bonsuy. Nie wszyscy lubią takie wydania. Ale jest to jednak muzyka zremastorowana przez samego twórcę, a poza tym tłoczenia są na porządnym 180g winylu – słucha się tego wybornie. Trzeba też docenić przywiązanie do części graficznej reedycji – w końcu Jimi Page jest z wykształcenia plastykiem.

Led Zeppelin – Since I’ve Been Loving You (Live at Madison Square Garden 1973)