Opublikowano

Czy jazz umarł? Denzel Curry, DOMi & JD Beck

Na wrześniowej okładce DwonBeat pojawia się slogan, który co jakiś czas powraca – jazz umarł. Dyskusja akademicka, jazz jest i będzie grany, mało tego przenika do powszechnej wiadomości – często bez wiedzy słuchaczy, i część z nich dojdzie pewnie kiedyś do jazzu. Wykonawcy Denzel Curry, Domi &JD Beck wydali w 2022 roku doskonałe płyty które są tego przykładem.

Denzel Curry MELTE MY EYEZ SEE YOUR FUTURE

Okładka płyty winylowej artysty Denzel Curry o tytule Melt My Eyez See Your Future

Piąty album wykonawcy Denzel Curry zebrał doskonałe recenzje. Wykonawca zadbała o właściwe podłoże liryczne, jest świetnym raperem ze stażem już kilkupłytowym. Oprócz warstwy słownej doskonała jest warstwa muzyczna – uważana przez wielu krytyków za podejście renesansowe na poziomie południowego hip-hopu. Deznzel Curry przemyca dużo elementów jazzu, czy raczej neo-soul jazzu. Pierwszy utwór zwraca uwagę, z udziałem Roberta Glaspera, pianisty klawiszowca i producenta, który stał się ulubionym jazzowym artystą producentów hip-hopowych i artystów soulowych. Jego udział i produkcja potwierdzają długotrwały związek jazzu z gospel, bluesem i funkiem, oraz istnienie artystów jazzowych którzy interesują się także nowszymi formami muzyki np. hip-hopu i house’u. Polecam początek albumu czyli Melt Session #1 który płynnie przechodzi w doskonały Walkin. Denzel Curry łapie wyborny flow przy wspaniałej produkcji neo-soul jazz.

Denzel Curry WALKIN

DOMi & Jd Beck NOT TIGHT

Okładka płyty CD artysty Domi & JD Beck o tytule Not Tight

Druga płyta która świadczy, że Jazz ma się dobrze – to dziełko „cudownych dzieci”, naywanych „przyszłością jazzu” DOMi & JD BEck. Świetnie wyszktałcona Domi Louna wspaniale gra na instrumentach klawiszowych. Jej partner James Dennis Beck, w skrócie JD, od małego gra na perkusji, jamował między innnymi z muzykami Eryki Badduh. Współpracował już z takimi wykonawcami jak Snoop Dogg, Justin Timberlake czy Snarky Puppy. Od 2018 roku DOMi & JD Beck tworzą jazz, który jest równie dziki i kolorowy jak ich wyglą. Płyta ukazuje się nakładem szacownej wytwórni Blue Note. Grono gości jest szacowen: Thunder Cat, Mac De Marco. Herbie Hancock, Bista Rhymes, Snoop Dogg i Kurt Rosenwinkel. Starym wyjadaczom podobają się te młodziaki. Słuchając ich muzyki trudno nie zauważyć dlaczego, świetna oszczędna gra na klaiwszach DOMi, wirtuozeria perkusity – mieszanka doskonała. Intrygujące teledyski i doskonała gra na żywo – jazz nie umarł.

DOMi & JD BECK – SMiLE

DOMi & JD BECK: Tiny Desk Concert

Zildjian LIVE! – JD Beck (Featuring DOMi)

Opublikowano Dodaj komentarz

Winyle nieoficjalne

Dawno temu czytałem o pirackich płytach z wypiekami na twarzy. W czasach gdy zdobycie oficjalnego winyla było cudem i wydatkiem ogromnym (70-80-te lata XX wieku), trudno było marzyć o zdobyciu pirata. Czasami takie wydawnictwo można było usłyszeć w eterze radiowym, gdy któryś pan redaktor zdobył takie cudo i odtworzył (pamiętam pan Janiszewskiego z rozgłośni Lubelskiej i jego pirackie longplaye Pink Floyd). Dźwięk najczęściej był marny, ale cóż to dla fana – mogłem usłyszeć koncert, o którym mogłem tylko pomarzyć. Potem piractwo przyjęło ogromne rozmiary – ale to zupełnie inna historia. Dzisiaj wśród oferty winyli możemy trafić na tak zwane wydawnictwa nieoficjalne – winyle nieoficjalne. Z jakością dźwięku jest różnie – ale są bardzo starannie wydane i stanowią cenne uzupełnienie kolekcji – szczególnie dla fanów.

Nine Inch Nails & David Bowie: Back In Anger: 1995 Radio Transmissions 4LP

Jest kilka wersji tego wydawnictwa. W roku 1995 na jednej scenie pojawili się David Bowie i Nine Inch Nails. Dawid Bowie zdecydował się na wspólne występy z będącą wtedy na ogromnej fali popularności grupą Trenta Reznora. Cóż to było za spotkanie. Całość składa się z koncertu Nine Inch Nails, wspólnego wsytępu oraz koncertu Davida. W tym przypadku mam do czynienia z transmisją radiową – jakość dźwięku jak na winyle nieoficjalne jest rewelacyjna. Ale jeżeli jest się fanem – to przeżywanie tego koncertu, pozwala zapomnieć o audiofilskich zapędach. Wydane w formie albumu cztery albumy – i muzycznie i edytorsko przynoszą wiele radości.

David Bowie Nine Inch Nails Hurt

Joy Division – Live In Preston, February 28, 1980 (180g) LP

Okładka płyty Joy Division - Live in Preston

W przypadku tej płyty, gorzej jest z jakością dźwięku, ale Joy Division pozostawili niewielki dorobek płytowy, więc fani wiele zniosą aby usłyszeć Iana Curtisa i spółkę na żywo. Winyle nieoficjalne Joy Division to już niezła kolekcja – zapotzrebowanie na ich muzykę i kult wokalisty jest ogromny. Z pozycji fana mogę powiedzieć, że ta płyta jest fascynująca. Jeżli ktoś jest audiofilem, nie zna Joy Division – odradzam – będzie narzekał na jakość dźwięku.

The Eternal – Joy Division (live at Preston Warehouse)

#davidbowie #nineinchnails #joydivision

Opublikowano Dodaj komentarz

Justin K Broadrick i jego piekielna muzyka

Na kwietniową okładkę, kultowego magazynu The Wire, trafił pan Justin K Broadrick. W środku prawdziwa uczta dla fanów Napalm Death, Godflesh czy Jesu – wywiad i omówienie najważniejszych płyt artysty.

Napalm Death – Scum LP

»Scum« to debiutancki album brytyjskiego zespołu grindcore Napalm Death z 1987 roku. Jest uważany za jeden z najważniejszych albumów tego gatunku. Justin K Broadrick i koledzy, rozwalili wtedy system. Grali krótko, szybko, głośno i na temat. dramatyczny atak dźwiękowy na uszy powalił wielu. Miałem okazję zobaczyć Napalm Death – na żywo – niezapomniane przeżycie.

Wkład Broadricka w kamień milowy w muzyce ekstremalnej, jest znaczący. Dołączył do zespołu w 1985 roku. W momencie w którym grupa skupiła się na najwyższym dostępnym tempie hardcore punk i wyzwaniu, by go przyćmić. LP Scum z 28 utworami, pierwsza formalnie wydana muzyka Napalm Death, był nieoczekiwanym hitem na listach przebojów indie. Wskazywało to, że publiczność na taką muzyka była większa, niż ktokolwiek sobie wyobraża. Broadrick występuje tylko na pierwszej stronie, obok wokalisty/basisty Nicholasa Bullena i perkusisty Micka Harrisa – ich 12 piosenek nagranych w 1986 roku zawiera pojedynczy wokal dla gitarzysty „Polluted Minds” oraz ponure, stonowane riffy.

Napalm Death – Scum

Godflesh – Streetcleaner LP

Godflesh to pionierski industrial metalowy projekt byłego Justina K Broadricka.

Przełomowy debiutancki album »Street Cleaner« zawiera 10 klimatycznych i minimalistycznych industrialno-metalowych utworów, które zdefiniowały gatunek i postawiły zespół w lidze z takimi zespołami jak Ministry czy Type O Negative.

Warto przeczytać co mówi o muzyce Goodflesh, jej główny twórca:

„Łatwo jest pomyśleć, że muzyka tak dusząca jak Godflesh musi być usiana mizantropią. Ale chociaż można to zinterpretować jako celowo szokujące i zewnętrznie agresywne, poszukaj trochę głębiej i odkryjesz, że horror zawarty w pracy jest podobny do terapii, sposobu na okradanie demonów z ich mocy poprzez nazywanie ich. Jak stwierdza Marie Thompson w swojej książce Beyond Unwanted Sound, hałas może mieć pozytywne skutki, a przemyślenia Broadricka na ten temat zgadzają się z tą perspektywą.

„Piękno muzyki to dla mnie nie tylko transcendencja, ale wydaje się, że uczestniczy się w magicznym procesie. Jest coś niewidzialnego, coś, czego nigdy nie potrafię wyartykułować. I to jest dla mnie piękne. Ironia polega na tym, że nie jestem znany ze szczególnie przyjemnej muzyki.”

To brzydkie piękno rozciąga się na jego proces tworzenia muzyki. „To dosłownie przekracza wszystko, kiedy tworzę, właściwie jestem w tej chwili. Jestem tu teraz — mówi Broadrick. „I przewyższa cały ból, cały nadmiar duszących emocji, które odczuwałem przez całe życie. Ale tak naprawdę zacząłem to rozpoznawać dopiero, gdy dorosłem i zwolniłem, ponieważ wcześniej zawsze biegałem z nadmierną prędkością. Ciągle jestem niespokojny z ekspresją. Jestem całkowicie zanurzony w emocjach, które próbuję wyrazić i wydaje mi się, że to dla mnie koniec. I to jest integralne. Muszę tworzyć muzykę, która wydaje się, że to koniec”.

Godflesh „Like Rats”

Jesu/Sun Kil Moon – Jesu/Sun Kil Moon 2LP

Jednym z wielu projektów artysty jest Jesu. Mark Kozelek i Justin Broadrick wydają debiutancki album ich współpracy jako Jesu/Sun Kil Moon na albumie, który trwa 79 minut i zawiera gościnne wkłady Rachel Goswell, Low, Isaaca Brocka, Willa Oldhama i innych. Jedna z piosenek – »Exodus«, jest poświęcona zmarłemu synowi Nicka Cave’a.

Trafiłem na dobrą recenzję tego albumu na portalu https://rateyourmusic.com/release/album/jesu-sun-kil-moon/jesu-sun-kil-moon/

„Dla Kozelka był to jeden z pierwszych albumów, nad którymi pracował, wykorzystując swój strumień świadomościowego pisania piosenek. Dla Justina był to taki miszmasz stylów, porzucanie swoich industrialnych korzeni i po prostu dostarczanie muzyki dla mężczyzny, który lubi się włóczyć. To było tak dziwne połączenie i twórcza decyzja, że ​​nawet ja poczułem się zniechęcony tym pomysłem. Wokal Marka nie powinien w końcu pasować do instrumentacji Justina, prawda? Co dziwne… Jakoś pasują,

Kluczem do cieszenia się tym albumem jest zaakceptowanie stylu pisania piosenek Marka Kozelka . Jego piosenki są długie, znacznie częściej wypowiadane niż śpiewane i mogą być trudne do rozszyfrowania, porzucając dość bezpośrednią narrację swojego poprzedniego projektu. Jednocześnie – teksty strumienia świadomości pozwalają w pełni pokazać potencjał Marka nie tylko jako piosenkarza czy autora tekstów, ale bardziej jako prawdziwego pisarza, poety.

I jest jeszcze Justin Broadrick . Pomimo występów tutaj jako Jesu , jest całkiem jasne, że jest to znacznie bardziej solowe przedsięwzięcie Justina, co pozwala mu zaprezentować szeroką gamę stylów, z którymi pracował przez całą swoją karierę. Niektóre utwory to typowy styl inspirowany drone metalem shoegaze, podczas gdy na innych zagłębia się w produkcję elektroniczną, bawiąc się ambientem, glitchem i nie tylko. Jego instrumentalne partie bardzo się różnią, a jednak zawsze udaje im się dopasować do tonu tekstów Marka lub jego głosu.

Z tym (i ogólnym stylem i klimatem albumu) cała płyta przypomina trochę Lulu , co w żadnym wypadku nie jest inwektywą. Właściwie – kocham Lulu . Obie płyty zbudowane są na tym samym fundamencie – dwóch aktach z różnych światów, dzielących się wzajemnym szacunkiem i fascynacją, decydujących się na współpracę przy jednej płycie (w tym konkretnym przypadku na dwóch płytach), ostatecznie jednak dzielących publiczność.

Również inne elementy tego albumu były całkiem niezłe. Rachel Goswell ze Slowdive , współczesna legenda americana Bonnie „Prince” Billy , Alan Sparhawk z Low oraz Mimi Parker i Isaac Brock z Modest Mouse to nie tylko świetna gratka dla fanów, ale także ważny dodatek. Ogólnie rzecz biorąc – bardzo podobał mi się Jesu/Sun Kil Moon . Ponieważ ta płyta jest dziwna i niechlujna, z każdą powtórką robi się niesamowicie dobra. ” Autor: TacoAndrews

He’s Bad – Jesu/Sun Kil Moon

Opublikowano Dodaj komentarz

Led Zeppelin – nieustanna celebracja.

Beth Hart – A Tribute To Led Zeppelin LP

Królowa bluesa Beth Harth wydała płytę Tribute To Led Zeppelin. Piosenkarka jest popularna w Polsce, często gościła na dawnej liście przebojów Trójki. Celebracja Led Zeppelin trwa długo po zakończeniu ich kariery. Trzeba przyznać, że pozostawili sporo doskonałych piosenek i jest co święcić. Beth Harth podeszła do tematu, po swojemu – stylowo i bluesowo – polecamy.

Beth Hart – Black Dog

Led Zeppelin: Celebration Day: Live 2007

Grafika okładki albumu Beth Harth mocno przypomina wielkie wydarzenie sprzed lat. W 2007 roku Led Zeppelin wystąpili razem na wspaniałym koncercie w londyńskiej hali 02 – uwiecznionym na DVD i CD. Odświeżyłem sobie ostatnio ten koncert. Warto wrócić – Panowie byli w wybornej formie. Wspaniale bębnij syn nieżyjącego perkusisty Jason Bonham. I ta publiczność, ze łzami w oczach, wspaniale reagująca na każdy utwór. O cenach biletów na ten koncert krążyły legendy.

Led Zeppelin – Kashmir (Live from Celebration Day)

Greta Van Fleet: Anthem Of The Peaceful Army

Wśród młodych twa celebracja Led Zeppelin dzięki zespołowi Greta Van Flet. Nie ukrywają fascynacji swoim wzorem. Robią to z młodzieńczą werwą. Niektórzy kręcą nosem – ale miło się tego słucha. Ich koncerty cieszą się dużym powodzeniem – sentyment do starych dobrych czasów wciąż pozostaje.

Greta Van Fleet – Highway Tune

Led Zeppelin: Led Zeppelin III (2014 Reissue) (remastered) (180g) (Deluxe Edition) 2LP

Czas celebracji Led Zeppelin wykorzystuje Jimi Page – starannie reedytuje albumy Led Zeppelin. Dodaje do każdego wydania ekstra bonsuy. Nie wszyscy lubią takie wydania. Ale jest to jednak muzyka zremastorowana przez samego twórcę, a poza tym tłoczenia są na porządnym 180g winylu – słucha się tego wybornie. Trzeba też docenić przywiązanie do części graficznej reedycji – w końcu Jimi Page jest z wykształcenia plastykiem.

Led Zeppelin – Since I’ve Been Loving You (Live at Madison Square Garden 1973)

Opublikowano Dodaj komentarz

Pink Floyd – relikty, ostanie cięcie, koncert w Knebworth.

Winyle Pink Floyd cieszą się ogromnym powodzeniem. „Żelazne tytuły” to Dark Side of The Moon czy The Wall. Chciałbym zwrócić uwagę na trzy albumy dla „psychofanów” Pink Floyd – Relics, The Final Cut oraz Live at Knebworth.

Pink Floyd – Relics

To płyta dla tych którzy uwielbiają Pink Floyd z czasów psychodelicznych. Kiedy grał z nimi jeszcze Syd Barret, kiedy stanowili inspirację dla muzyków poszukujących nowych środków wyrazu w muzyce rockowej (inpiracja dla niemieckich zespołów krautrockowych). Mamy tu słynny singiel Arnold Lane oraz utwory z pierwszych trzech płyt Pink Floyd. Wspaniała podróż w przeszłość. Do tego okładka zaprojektowana przez perkusistę Nicka Masona. Wielu słuchaczy przyzwyczajonych do tych najabrdzie popularnych płyt, może przeżyć spore zaskoczenie. Ja bardzo lubię ten okres. Niektórzy, pink-flojdowi sceptycy, wręcz są pozytywnie zaskoczeni, że tak mogło brzmieć Pink Floyd. Ale nie bez powodu Nick Mason ogrywa teraz na koncertach te stare perełki.

Pink Floyd – Arnold Lane

Pinkl Floyd – The Final Cut

Ten album ma tylu zwolenników, co przeciwników. Niektórzy uważają tą płytę za solowe dzieło Rogera Watersa. Jest to doskonałe uzupełnienie treści przekazanych przez muzyka na płycie The Wall. Temat wojny, depresji związanej ze stratą ojca na wojnie – dominuje na tym albumie. To ostani akord Pink Floyd gdzie współnie graja Roger Waters i David Gilmour. Nie ma już Ricka Wrighta. Warto jednak posłuchać tego finałowego cięcia. Dzięki tekstom, przy stonowanej muzyce, można lepiej zrozumieć przesłanie Rogera Watersa nienawidzącego polityków i i ich wojen. To bardzo mocne anty-wojenne przesłanie. Wielu miłośników muzyki ma tak krytyczne podejście do tej płyty, że jej nigdy nie słuchało.

Pink Floyd – The Final Cut

Pink Floyd – Live At Knebworth

W 2021 roku fani Pink Floyd otrzymali prezent. Starannie wydany winyl, na 180 g, 45 pm – koncert z 1990 w Knebworth. Pink Floyd w doskonałej formie, w swoich najlepszych utworach. Czego chcieć więcej? Oczywiście brakuje Rogera Watersa – ale on do dzisiaj pozostał nieugięty, zresztą chyba pozostali dwaj też nie mają ochoty na wspóracę z dawnym kolegą. Pozostaje nam wsłuchiwać się w te piękne chwile uwiecznione na winylu. Cóż to był za wspaniałe momenty. Przed każdym utworem słychać jak wspaniale reaguje publiczność na pierwsze takty każdego utworu. A mamy tu prawdziwą ucztę. Wspaniała aranżacja Money. Mój ukochany utwór z The Wall – Comfortably Numb, opowiadający o chwilach szczęśliwej błogości. Oczywiście jest też wspomnienie szalonego diamentu – Syda Baretta – w doskonałym wykonaniu Shine On You Crazy Diamond. Wszystko pieczętuję energtyczne wykonanie Run Like Hell. Słychać przyjemność współnego grania. I co najważniejsze Rick Wright w świetnej formie – miło się słucha jego popisów solowych. Wszystko to doskonale nagrane.

Pink Floyd – Comfortably Numb

Zbigniew Sadowski

Opublikowano Dodaj komentarz

Winyl Bitelsa przypominający złote czasy MTV

Paul McCartney wydaje się najbardziej długowiecznym bitelsem, zakonserwowanym równie dobrze jak perkusista U2. Na początku lat 80-tych wydał dwa hitowe albumy. A że były to złote czasy MTV, dzisiaj przypomnę winyl Bitelsa – “Pipes of Peace” z dwoma teledyskami, które są małymi dziełami sztuki.

Paul McCartney – Pipes of Peace

Pipe Of Peace – Paul McCartney

To wzruszająca historia, która wydarzyła się w rzeczywistości. Żołnierze, ginący na froncie I wojny światowej, w imię głupców politycznych, pewnego dnia wyszli z okopów, pogadali, pograli w piłkę. Ten epizod pięknie uwieczniono w teledysku do piosenki „Pipes of Peace”. Siła MTV polegała na tym, że przekaż muzyczny był wzmacniany obrazem. Dla mnie na zawsze ten teledysk został symbolem bezsensu wojny oraz głupoty rządzących nami polityków.

Paul McCartney & Michael Jackson – Say Say Say

Drugi teledysk to dzieło rozrywkowe. Mamy tutaj zabawną historyjkę. Główne role grają Paul McCartney, jego żona Linda i Michael Jackson

(który pomimo wszystko – wciąż pozostaje gwiazdą muzyczną w pamięci ludzi).

Pani Linda też już przebywa tylko w pamięci, teledysk jest trochę też wspomnieniowy. Całość zgrabnie nakręcona była wielkim przebojem. Takie to były czasy, i pomimo że dzisiaj MTV nie ma za wiele wspólnego z muzyką, wciąż czasami szukam tego kanału na którym non stop, emitowane są teledyski MTV ze złotych lat 80-tych,bez reklam – polecam.

Opublikowano Dodaj komentarz

Lekarstwo na wosku – Pan z głosem duszy

Jeżeli dusza miałaby głos, to jednym z nich mógłby być śpiew Roberta Smitha. Gdy miałem lat 14 urzekł mnie najpierw fryzurą. I tak powoli zacząłem pływać po wodach Pana Smitha. Tomek Beksiński zaczął tłumaczyć teksty, ale zawsze najważniejszy był ten przejmujący głos – wyrażający jakiś smutek, jakąś tęsknotę. Lekarstwo na wosku.

The Cure – Seventeen Seconds

Seventeen seconds to płyta przed-pomnikowa. Rzecz o niepokoju, smutku i nostalgii która często dopada nastoletnie dusze, a potem już tkwi latami, jako piękny smutek kiedyś przeżyty.

Utwór Secrets to kwintesencja the Cure. Styl gry na gitarze który kopiowany jest do dzisiaj, i bas który właściwie też brzmi do dzisiaj w wielu piosenkach muzyków którzy kiedykolwiek zasłuchiwali się w the Cure.

W jakiej kolejności by nie opisywać piosenki na tej płycie – na zawsze już, najbardziej rozpoznawalnym utworem będzie A Forest. Chodzimy po tym ciemnym lesie Roberta Smitha i słuchamy takich cudowności jak M czy At Night.

Siedemnaście sekund przeżyte w 1980 roku – jak bym miał odtworzyć to byłoby te 17 sekund w które rozpoczęła się fascynacja nastrojami wygrywanymi przez The Cure.

Tu już powoli rodziły się zręby pierwszego pomnikowego posągu – Poronography. Jest smutno, ale jeszcze nie zeszliśmy do podziemi. Jeszcze nie ma tego bezwzględnego penetrowania ciemnych stron, o których nie za bardzo chce się myśleć, które chce się wypierać. Ale już czuć ten niepokój. Wchodzimy do domu w którym nie chcemy przebywać, ale jednak coś nas pociąga. Gdzie słychać jakieś tajemnicze głosy.

Absolutnie klasyczna płyta – z dwoma mocnymi punktami koncertowymi – Play For Today (z pociągowym rytmem) oraz A Forest.

THE CURE- PLAY FOR TODAY

The Cure – A Forest (Official Video)

The Cure – Wild Mood Swings

Następne lekarstwo na wosku. W Wild Mood Swings, najpierw zaintrygowała mnie okładka, niechętnie słucham nowych płyt The Cure. Dla mnie nowe, to wszystkie po Bloodflowers. Dawno nie kupowałem Teraz Rock. Ale wokalista Decadent Fan Club napisał na fejsie, że jest z nimi wywiad. To będzie chyba w numerze październikowym, a ja kupiłem wrześniowy. Ale na stronie 86 jest krótka recenzja Wild Mood Swings. Ani słowa o muzyce, dowiadujemy się o szczegółach wydawnictwa. Że to kolejny album wznowiony na Picture Discu z okazji Record Store Day. Podwójny, zremasterowany i brzmienie jest bardzo dobre (jest jakaś legenda, że brzmienie na picture discach jest kiepskie).

Skoro mnie Pan Robert zaintrygował kiedyś fryzurą. To tu mnie zaintrygował okładką. Postanowiłem uważnie posłuchać tej płyty (25 lat na mnie czekała). Czy ta płyta przebiję się przez ogromne pomnikowe pozycje takie jak Disintegretion czy Faith?

Uważnie słuchając, w łóżku, w autobusie, uwolniłem się od Roberta posągowego, pomnikowego, pływającego po głębokich wodach. To zbiór bardzo dobrych piosenek, ze swingującym dzikim nastrojem. Odzywają się pomnikowe echa gdzieniegdzie, ale ile tu różnych pomysłów muzycznych pozwalających zrzucić czarne szaty, wyjść z wiszących ogrodów i pobawić się pajacykiem z okładki (chociaż zdaje się pęknięty).

Muzycznie jest bardzo różnorodnie, muzycy dość dużo używali syntezatorów, smyczków, nawet się blacha gdzieniegdzie zdarzy. Ilość piosenek przytłacza, ale po latach słucha się ich nadspodziewanie dobrze.

Chodzą takie słuchy że ta płyta miała być solową płytą Roberta Smitha. W wywiadzie twierdzi że tylko dwa teksty są jego wewnętrznymi przemyśleniami – Want i Bare. O ile Want to niezła kiurowa piosenka – tekst oczywisty, każdy moment tego chcenia więcej i więcej – przeżywa w życiu, o tyle Bare to preludium do Bloodflowers – podwaliny pod kolejny pomnik.

Powiedzieć, że się zmieniłem?
Powiedzieć, że się postarzałem?
Powiedz, że się boję

Różnorodność tekstowa Pana Roberta na tej płycie, jest równie duża jak muzyczna. Porusza się po różnych tematach, ale widać że sprawia to frajdę autorowi. Jest o wizycie w USA, gdzie błyszczał w klubach z muzykami Depeche Mode (Club USA). W tej piosence głos brzmi najmniej kiurowo – czyżby to nie jego skóra? To kłamstwo to moja ulubiona piosenka po uważnym przesłuchaniu – i tekstowo i muzycznie – przejmująca.

Mint Car miał być wielkim przebojem, trochę powojował na listach, ale do klasyki te Cure nie wszedł. W tym tekście szalony nastrój miłosny ogarnął pana Roberta. Bardzo mi się podobają Gone i Numb takie uczucia przeżywał, chyba każdy w swoim żywocie.

Cóż słucham tej płyty drugi, i trzeci raz – rozumiem że czasami trzeba opuścić pomniki i posągi – i znowu rozpala się moją nigdy nie zgasła miłość do the Cure. Może ta płyta musiała na mnie czekać 25 lat. Może rację miał recenzent a Allmusic – ta płyta to coś więcej, niż płyta the Cure.

The Cure – Mint Car

The Cure -Treasure

Autor: Zbigniew Sadowski

Instagram: https://www.instagram.com/zbignmuz/

Już wkrótce blog Zbigniew i Muzyka.

Opublikowano Dodaj komentarz

Polskie woski – ceny coraz wyższe

Na naszym portalu, coraz częściej pojawiają się uwagi, co do wysokich cen niektórych wykonawców polskich z pierwszej połowy lat 80-tych XX wieku. Otóż polskie woski zyskują na wartości. Po pierwsze drogie są płyty które były tłoczone w małych ilościach i są trudności ze znalezieniem ich w dobrym stanie. Po drugie to były bardzo dobre płyty, z bardzo dobrą muzyką i piosenkami, i albo słuchacze za nimi tęsknią, albo odkrywają na nowo.

Izabela Trojanowska – Iza

W 1981 roku ukazała się płyta Iza – Izabeli Trojanowskiej. Aktorka przebojowo wdarła się na polską scenę, można powiedzieć rockowo-mainstremową. Podobała się i starszej publiczności i młodym. Zasługa to świetnych piosenek Romualda Lipki z tekstami Andrzeja Mogielnickiego. Trochę kariera muzyczna pani Iza potem przygasła. Ale miałem okazję być na secie Kamp z piosenkami z lat 80-tych. Pan Iza została przyjęta entuzjastycznie, wykonując utwór właśnie z tej płyty – Jestem twoim grzechem. To kopalnia przebojów – i ta płyta należy do wysoko wycenianych w kategorii: polskie woski. Wystarczy spojrzeć na Allegro.

Kamp! & Iza Trojanowska Jestem Twoim Grzechem Live Festiwal Czterech Kultur Wytwórnia Łódź 7.9.2019

Urszula – Urszula

Kolejna wielka kopalnia przebojów które wyszły spod pióra Romualda Lipski to płyta Urszuli – Urszula. To był też wielki debiut naszej sceny muzycznej początku lat 80-tych XX wieku. Kto nie zna przeboju Dmuchawce, Latawce, Wiatr. Ta płyta wydana w mniejszym nakładzie, też osiąga wysokie ceny, jeżeli jest w bardzo dobrym stanie, chociaż najczęściej została zajechana na prywatkach.

Urszula i Budka Suflera – Dmuchawce Latawce Wiatr

Maanam – Maanam

Maanam też wdarł się na scenę rockową z wielkimi przebojami na festiwalu w Opolu. Przez wiele lat filar naszej sceny rockowej. Kora fascynowała i oszałamiała publiczność. Znowu mamy kopalnię przebojów – wzmocnioną wtedy przez film kinowy – Wielka Majówka (6 razy byłem w kinie popatrzeć na Maanam, w filmie debiutował na ekranie Zbigniew Zamachowski – polecam).

MAANAM „Biegnij razem ze mną”

Republika – Nowe Sytuacje

Ten wpis na temat drogie polskie woski, kończę klasycznym albumem zespołu Republika – Nowe Sytuacje. Trzeba przyznać, że płyta ta cieszy się dużym powodzeniem wśród klubowiczów, jak i wszystkie płyty związane z Grzegorzem Ciechowskim. Całe mnóstwo klasycznych piosenek Republiki. Muzycy w bardzo dobrej formie. Płyta nie zestarzała się. Jest starannie wydana, w biało czarnej konwencji, jak na siermiężne lata socjalizmu.

OPOLE 1983 – Republika – Nowe sytuacje

Opublikowano Dodaj komentarz

Don Airey okiem Mikołaja Krysińskiego

Dorobek mało którego muzyka jest tak bogaty i różnorodny jak dorobek Dona Airyego. Obecny klawiszowiec Deep Purple na początku lat osiemdziesiątych był bliskim współpracownikiem Ozzyego Osbourne’a, a mniej więcej 15 lat później zaaranżowany przez niego utwór wygrywał Eurowizję… pełna wszechstronność. Oczywiście w międzyczasie Airey nie próżnował i nagrywał z niezliczoną ilością artystów, tworząc również swoje solowe kompozycje. Jest co ciekawe także jedynym naocznym świadkiem śmierci Randyego Rhoadesa, a na trasie promującej nagrany przez Jethro Tull Creast Of A Knave, Ian Anderson podziękował mu już po kilku koncertach uznając styl gry Airyego za „nieodpowiedni”. To raczej wyjątek bo w branży muzycznej Don uznawany jest zdecydowanie jako fachowiec i jeden z najlepszych rockowych/hardrockowych klawiszowców.

Mając do dyspozycji naprawdę bogaty wachlarz możliwości jeśli chodzi liczbę tytułów przy których Airey współpracował zdecydowałem się ostatecznie przyjrzeć okresowi przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Najpierw Black Sabbath, potem Ozzy Osbourne i Rainbow Ritchiego Blackmore’a. Same tuzy rocka. W każdym razie nie przedłużając wybierzemy się dziś w podróż po dwóch albumach – „Never Say Die” i „Bark At The Moon”. Szczególnie ten drugi aż kipiący klawiszami Aireygo.

„Never Say Die” czyli najbardziej kontrowersyjny i  burzliwy krążek w historii Sabbathów. Początkowo miał powstać bez Ozzyego, który opuścił zespół w 1977 roku. Rozpoczęto już nawet prace nad muzyką z nowym wokalistą Davem Walkerem, ale Osbourne w pewnym momencie jak wyszedł ze studia, tak po prostu po roku przerwy do niego wrócił i nagrał z zespołem płytę. Bez zbędnej filozofii, no bo po co. Mimo wszystko nastroje w zespole nie były już tak dobre jak wcześniej. Na pracę wpływ miała przede wszystkim bardzo chłodna atmosfera panująca pomiędzy Iommim a Osoburnem. Sam Ozzy podkreślał potem w wywiadach że to już nie było to samo, nie wkładali już muzykę tyle samo serca…

… mimo wszystko powstał naprawdę niezły i równy album. Bez wątpienia lepszy niż nagrane 2 lata wcześniej Technical Ecstasy. Jest bardziej spójny, zawiera sporo udanych kompozycji, a dodatkowo część muzyki sprawia wrażenie jakby powstała podczas luźnego jamowania (niepodobne dla Black Sabbath wcześniej). Zespołowi udało się też stworzyć dwa duże przeboje, które po raz pierwszy od dłuższego czasu zostały wysoko sklasyfikowane na listach przebojów – mocny i dynamiczny utwór tytułowy oraz „Hard Road”. W tym drugim z resztą znów bezprecedensowa sytuacja – udzielający się wokalnie Tony Iommi.

Okej, ale skoro punktem wyjścia do moich przemyśleń był Don Airey to czas też wspomnieć o jego wpływie na „Never Say Die”. Słychać go przede wszystkim w „Air Dance”. Jest tam sporo klawiszowych partii, a sam utwór ma bardzo przyjemny balladowy charakter, wyróżniając się dodatkowo pod kątem intrumentalnym. Trochę klawiszy, a właściwie syntezatorów jest też w Johnny Blade. Typowy sabbathowy utwór doprawiony szczyptą nowoczesności. Jeden z lepszych kawałków na krążku, najbardziej w końcówce.

I naprawdę ciężko doszukać się w „Never Say Die” większych słabizn. Przez wielu krytykowany, a trzeba sobie powiedzieć wprost, że Ozzy pożegnał z Black Sabbath, przynajmniej muzycznie, z klasą. To naprawdę niezła płyta.

Tymczasem Osbourne po odejściu z sabbathów długo nie zamierzał próżnować i szybko rozpoczął karierę solową. U jego boku znów pojawił się Airey. Zagrał na trasie koncertowej promującej „Diary Of  A Madman”, i co najważniejsze współtworzył trzeci krążek Ozzyego czyli Bark At The Moon. Słychać tam wpływy Dona bardzo wyraźnie, jest sporo klawiszy, a niektóre z utworów takie jak So Tired czy You’re Not Different wręcz są nimi przepełnione.

Sam krążek (z resztą opisywałem już kiedyś na instagramie) nie należy do moich faworytów. Są tutaj udane kompozycje, niektóre nawet bardzo, ale z solowej dyskografii księcia ciemności wolę bardziej inne tytuły. Niemniej darzę Bark At The Moon ogromnym sentymentem i za każdym razem podczas przesłuchania oplata mnie ona swoim klimatem. Wystarczy przecież spojrzeć na okładkę i obejrzeć teledysk do tytułowego utworu – no rodem z jakiegoś taniego slashera. Piękne.

Co do muzyki jeszcze, naprawdę bardzo lubię syntezatorowe/klawiszowe wstawki Dona na tej płycie. Świetnie brzmi to w „Now You See It (Now You Don’t)” czy w „Centre Of Eternity” – tutaj niczym kościelne organy, trochę gorzej we wspomnianych już wcześniej balladach (So Tired to taki koszmarek że… eh), ale całościowo uznałbym jednak, że jego wkład w krążek zdecydowanie należy ocenić na plus. Bez wątpienia odcisnął na nim duże piętno. Airey jak wiadomo, tworzy i gra do dziś. W 2002 roku został stałym członkiem Deep Purple, zastępując tym samym niedomagającego już Jona Lorda. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy wciąż jest w znakomitej formie, wystarczy posłuchać wydanej w 2017 roku Infinite. Klawisze świetnie współgrają z gitarą Steve’a Morse’a i dają znakomity popis. A kto bywał na ostatnich koncertach Purpli w Polsce, ten nawet mógł usłyszeć graną przez Dona „Szła Dzieweczka”. Tak, tak.. to ostatnie zdanie to nie pomyłka. Mówiłem, że jest wszechstronny. 😉 

Autor : Mikołaj Krysiński (instagram : mam_duzo_plyt_i_o_nich_pisze)

Jeśli chciałbyś nawiązać współpracę z Mikołajem – pisz do niego na maila [email protected]

Opublikowano Dodaj komentarz

Najlepsze wydawnictwa koncertowe według Mikołaja Krysińskiego

Mikołaj Krysiński pisze o swoich ulubionych płytach na koncie instagramowym mam_duzo_plyt_i_o_nich_pisze .

Z chęcią zgodził się, aby napisać gościnnie tekst na naszego bloga!

Nieukrywaną słabość posiadam do dobrych wydawnictw koncertowych. Połączenie rozentuzjazmowanego tłumu fanów, ulubionego zespołu i atmosfery występu na żywo buduje fantastyczny klimat i daje naprawdę ogromną radość z odsłuchiwanej muzyki. Miło oczywiście jeśli zespół podczas danego występu jest odpowiednio dysponowany, a nad całością realizacji czuwa właściwy sztab ludzi. Nie ukrywam, szczególnie irytujące bywa dla mnie wyciszanie dźwięków publiczności i tworzenie sztucznych „cichych” przerw pomiędzy wykonywanymi utworami. Zdarza się tak nie raz, nawet w przypadku omawianego dziś Exit… Stage Left, ale w tym przypadku całość rekompensuje na szczęście znakomita warstwa muzyczna.

Kto zajrzy na mojego instagrama szybko zdąży się zorientować, że zespół który darze największą miłością to pochodzące z Toronto trio o nazwie Rush. Muzyka kanadyjczyków (szczególnie z pierwszego okresu twórczości) ocieka tym co lubię najbardziej – progresywnością. No i właśnie ten okres podsumowany został na wydanym w 1981 roku Exit… Stage Left. Do pewnego momentu albumy koncertowe odgrywały szczególną rolę w dyskografii Rush. Zawsze zamykały ważny etap w twórczości zespołu. Tak było w przypadku All The World’s A Stage, tak było w przypadku Show Of Hands i tak jest w również w tym przypadku.

Repertuar zaprezentowany na Exit… Stage Left obejmuje przede wszystkim utwory z płyt od Farewell To Kings do najsłynniejszego krążka Moving Pictures. Kanadyjczycy wykonują największe hity, ale sięgają też po smaczki, które gościły na koncertach sporadycznie. Zdecydowaną perełką jest zachwycający zmianą tempa oraz rytmu Jacob’s Ladder. Rush zagrało go następnym razem dopiero w 2015 roku podczas trasy z okazji 40-lecia istnienia grupy. Fantastycznie odwzorowany na koncercie daje odpowiedź na pytanie „czemu tak lubisz ich muzykę?. Od razu spieszę z odpowiedzią: „przesłuchajcie Jacob’s Ladder”.

Bezsprzecznie należy również zwrócić uwagę na moment kiedy Alex Lifeson sięga po gitarę akustyczną. Instrumentalne Broon’s Bane to jedynie wstęp do znakomicie zagranego The Trees. Kolejny z mniej ogranych utworów oczarowuje podczas odsłuchu. Kunszt muzyczny kanadyjczyjków plus świetny, metaforyczny tekst Neila Pearta. Klasa. Ale „Drzewa” to jedynie wstęp. Panowie sięgają po dwugryfowe gitary i rozpoczyna się Xanadu. Klasyczne, progresywne Rush. Rozbudowane formy i niesamowite umiejętności techniczne… to już ten moment kiedy się rozpływam. Dość. Następnie dwa wielkie hity – „Freewill” oraz „Tom Sawyer”, a na sam koniec „La Villa Strangiato”. Utwór technicznie tak zaawansowany, że sam zespół z trudem odgrywał później ten utwór na koncertach.

Exit… Stage Left to bezapelacyjnie Rush dla początkujących. Jeśli chcesz poznać trochę bliżej kanadyjczyków zacznij od tego wydawnictwa. To kwintesencja. Kwintesencja tego co najlepsze w Rush.

Okej, ale nie poprzestajemy na tym i dorzucamy jeszcze jeden album. Na podium zespołów ukochanych jest miejsce także dla brytyjskiego agronoma. Jednak jeśli koncerty Jethro Tull to obowiązkowo z obrazem. Ian Anderson – wokalista i lider, to showman przez duże S. Oprócz tego że jest po prostu dowcipny i zabawny to show, które daje na scenie razem ze swoim fletem jest niewiarygodne. Po prostu trzeba to zobaczyć… no i wysłuchać bo zdecydowanie jest czego.

Jethro Tull jak na panujące wówczas standardy dorobił się swojej koncertówki nad wyraz późno. Wydane w 1978 roku Bursting Out było podsumowaniem już ponad dziesięciu lat kariery oraz aż jedynastu albumów studyjnych. Zespół stanął więc przed trudnym zadaniem syntezy najważniejszych utworów z najlepszego okresu grupy i bez wątpienia temu zadaniu sprostał. Z resztą to się musiało po prostu udać. Muzycy byli wtedy na fali – wydali właśnie być może dwa najlepsze krążki w historii zespołu (Songs From The Wood, Heavy Horses), a co najważniejsze występowali w znakomitym składzie. Fantastyczny perkusista Barriemore Barlow, wspierany przez Johna Glascocka na basie i nieocenionego gitarzystego Martina Barre. Przepis na sukces, istna bestia koncertowa. Niestety Glascock zmarł niedługo później, a Barlow nie mogący pogodzić się z jego śmiercią zdecydował się odejść z zespołu. Dlatego ośmielę się napisać, że już nigdy w tak dobrym składzie Jethro Tull żadnego koncertu nie zagrało. Tym bardziej po Bursting Out warto sięgnąć.

To okres kiedy zespół był nabuzowany energią. Słychać to. Już na samym początku dostajemy rockowe No Lullaby, a w kolejnym Sweet Dream Anderson i spółka zdecydowanie nie zwalniają tempa. Chwilę wytchnienia możemy złapać podczas Skating Away… i promujących Heavy Horses dwóch osadzonych w folku kompozycjach – Jack In The Green oraz One Brown Mouse. Czemu Ian nie zmieścił na setliście tytułowego utworu z tego krążka? Nie wie nikt, można tylko żałować. Na osłodę w kolejnym A New Yesterday prezentuje za to taką solówkę na swoim koronnym instrumencie że zdecydowanie można mu to wybaczyć. Koniec pierwszego dysku to natomiast ponad 12-minutowe wykonanie Thick As A Brick. Dla niewtajemniczonych Anderson na potrzeby tego utworu wymyślił fikcyjną postać – Geralda Bostocka. Wielu uwierzyło nawet w jego istnienie, do tego stopnia że na wikipedii figuruje jako współautor wykonania tejże suity. 😉

Drugi dysk to znowu dawka rocka i znowu przeboje. Jest Cross Eyed Mary, jest Aqualung czy Locomotive Breath. Nawet odrobinę wolę drugi krążek od pierwszego, ale to tak naprawdę minimalnie bo cały koncert jest zacny i godny uwagi. Naprawdę warto, warto sięgnąć i wysłuchać.

Świetnie dobrany repertuar, zespół będący w znakomitej w formie i zestaw wyśmienitych muzyków. Całość tworząca znakomite podsumowanie i kwintesencję tego co najlepsze. To można powiedzieć o Bursting Out, to można powiedzieć też o Exit… Stage Left. Nic, tylko słuchać. Enjoy!

Jeśli chciałbyś nawiązać współpracę z Mikołajem – pisz do niego na maila [email protected].