Opublikowano

Pink Floyd – relikty, ostanie cięcie, koncert w Knebworth.

Winyle Pink Floyd cieszą się ogromnym powodzeniem. „Żelazne tytuły” to Dark Side of The Moon czy The Wall. Chciałbym zwrócić uwagę na trzy albumy dla „psychofanów” Pink Floyd – Relics, The Final Cut oraz Live at Knebworth.

Pink Floyd – Relics

To płyta dla tych którzy uwielbiają Pink Floyd z czasów psychodelicznych. Kiedy grał z nimi jeszcze Syd Barret, kiedy stanowili inspirację dla muzyków poszukujących nowych środków wyrazu w muzyce rockowej (inpiracja dla niemieckich zespołów krautrockowych). Mamy tu słynny singiel Arnold Lane oraz utwory z pierwszych trzech płyt Pink Floyd. Wspaniała podróż w przeszłość. Do tego okładka zaprojektowana przez perkusistę Nicka Masona. Wielu słuchaczy przyzwyczajonych do tych najabrdzie popularnych płyt, może przeżyć spore zaskoczenie. Ja bardzo lubię ten okres. Niektórzy, pink-flojdowi sceptycy, wręcz są pozytywnie zaskoczeni, że tak mogło brzmieć Pink Floyd. Ale nie bez powodu Nick Mason ogrywa teraz na koncertach te stare perełki.

Pink Floyd – Arnold Lane

Pinkl Floyd – The Final Cut

Ten album ma tylu zwolenników, co przeciwników. Niektórzy uważają tą płytę za solowe dzieło Rogera Watersa. Jest to doskonałe uzupełnienie treści przekazanych przez muzyka na płycie The Wall. Temat wojny, depresji związanej ze stratą ojca na wojnie – dominuje na tym albumie. To ostani akord Pink Floyd gdzie współnie graja Roger Waters i David Gilmour. Nie ma już Ricka Wrighta. Warto jednak posłuchać tego finałowego cięcia. Dzięki tekstom, przy stonowanej muzyce, można lepiej zrozumieć przesłanie Rogera Watersa nienawidzącego polityków i i ich wojen. To bardzo mocne anty-wojenne przesłanie. Wielu miłośników muzyki ma tak krytyczne podejście do tej płyty, że jej nigdy nie słuchało.

Pink Floyd – The Final Cut

Pink Floyd – Live At Knebworth

W 2021 roku fani Pink Floyd otrzymali prezent. Starannie wydany winyl, na 180 g, 45 pm – koncert z 1990 w Knebworth. Pink Floyd w doskonałej formie, w swoich najlepszych utworach. Czego chcieć więcej? Oczywiście brakuje Rogera Watersa – ale on do dzisiaj pozostał nieugięty, zresztą chyba pozostali dwaj też nie mają ochoty na wspóracę z dawnym kolegą. Pozostaje nam wsłuchiwać się w te piękne chwile uwiecznione na winylu. Cóż to był za wspaniałe momenty. Przed każdym utworem słychać jak wspaniale reaguje publiczność na pierwsze takty każdego utworu. A mamy tu prawdziwą ucztę. Wspaniała aranżacja Money. Mój ukochany utwór z The Wall – Comfortably Numb, opowiadający o chwilach szczęśliwej błogości. Oczywiście jest też wspomnienie szalonego diamentu – Syda Baretta – w doskonałym wykonaniu Shine On You Crazy Diamond. Wszystko pieczętuję energtyczne wykonanie Run Like Hell. Słychać przyjemność współnego grania. I co najważniejsze Rick Wright w świetnej formie – miło się słucha jego popisów solowych. Wszystko to doskonale nagrane.

Pink Floyd – Comfortably Numb

Zbigniew Sadowski

Opublikowano

Winyl Bitelsa przypominający złote czasy MTV

Paul McCartney wydaje się najbardziej długowiecznym bitelsem, zakonserwowanym równie dobrze jak perkusista U2. Na początku lat 80-tych wydał dwa hitowe albumy. A że były to złote czasy MTV, dzisiaj przypomnę winyl Bitelsa – “Pipes of Peace” z dwoma teledyskami, które są małymi dziełami sztuki.

Paul McCartney – Pipes of Peace

Pipe Of Peace – Paul McCartney

To wzruszająca historia, która wydarzyła się w rzeczywistości. Żołnierze, ginący na froncie I wojny światowej, w imię głupców politycznych, pewnego dnia wyszli z okopów, pogadali, pograli w piłkę. Ten epizod pięknie uwieczniono w teledysku do piosenki „Pipes of Peace”. Siła MTV polegała na tym, że przekaż muzyczny był wzmacniany obrazem. Dla mnie na zawsze ten teledysk został symbolem bezsensu wojny oraz głupoty rządzących nami polityków.

Paul McCartney & Michael Jackson – Say Say Say

Drugi teledysk to dzieło rozrywkowe. Mamy tutaj zabawną historyjkę. Główne role grają Paul McCartney, jego żona Linda i Michael Jackson

(który pomimo wszystko – wciąż pozostaje gwiazdą muzyczną w pamięci ludzi).

Pani Linda też już przebywa tylko w pamięci, teledysk jest trochę też wspomnieniowy. Całość zgrabnie nakręcona była wielkim przebojem. Takie to były czasy, i pomimo że dzisiaj MTV nie ma za wiele wspólnego z muzyką, wciąż czasami szukam tego kanału na którym non stop, emitowane są teledyski MTV ze złotych lat 80-tych,bez reklam – polecam.

Opublikowano

Lekarstwo na wosku – Pan z głosem duszy

Jeżeli dusza miałaby głos, to jednym z nich mógłby być śpiew Roberta Smitha. Gdy miałem lat 14 urzekł mnie najpierw fryzurą. I tak powoli zacząłem pływać po wodach Pana Smitha. Tomek Beksiński zaczął tłumaczyć teksty, ale zawsze najważniejszy był ten przejmujący głos – wyrażający jakiś smutek, jakąś tęsknotę. Lekarstwo na wosku.

The Cure – Seventeen Seconds

Seventeen seconds to płyta przed-pomnikowa. Rzecz o niepokoju, smutku i nostalgii która często dopada nastoletnie dusze, a potem już tkwi latami, jako piękny smutek kiedyś przeżyty.

Utwór Secrets to kwintesencja the Cure. Styl gry na gitarze który kopiowany jest do dzisiaj, i bas który właściwie też brzmi do dzisiaj w wielu piosenkach muzyków którzy kiedykolwiek zasłuchiwali się w the Cure.

W jakiej kolejności by nie opisywać piosenki na tej płycie – na zawsze już, najbardziej rozpoznawalnym utworem będzie A Forest. Chodzimy po tym ciemnym lesie Roberta Smitha i słuchamy takich cudowności jak M czy At Night.

Siedemnaście sekund przeżyte w 1980 roku – jak bym miał odtworzyć to byłoby te 17 sekund w które rozpoczęła się fascynacja nastrojami wygrywanymi przez The Cure.

Tu już powoli rodziły się zręby pierwszego pomnikowego posągu – Poronography. Jest smutno, ale jeszcze nie zeszliśmy do podziemi. Jeszcze nie ma tego bezwzględnego penetrowania ciemnych stron, o których nie za bardzo chce się myśleć, które chce się wypierać. Ale już czuć ten niepokój. Wchodzimy do domu w którym nie chcemy przebywać, ale jednak coś nas pociąga. Gdzie słychać jakieś tajemnicze głosy.

Absolutnie klasyczna płyta – z dwoma mocnymi punktami koncertowymi – Play For Today (z pociągowym rytmem) oraz A Forest.

THE CURE- PLAY FOR TODAY

The Cure – A Forest (Official Video)

The Cure – Wild Mood Swings

Następne lekarstwo na wosku. W Wild Mood Swings, najpierw zaintrygowała mnie okładka, niechętnie słucham nowych płyt The Cure. Dla mnie nowe, to wszystkie po Bloodflowers. Dawno nie kupowałem Teraz Rock. Ale wokalista Decadent Fan Club napisał na fejsie, że jest z nimi wywiad. To będzie chyba w numerze październikowym, a ja kupiłem wrześniowy. Ale na stronie 86 jest krótka recenzja Wild Mood Swings. Ani słowa o muzyce, dowiadujemy się o szczegółach wydawnictwa. Że to kolejny album wznowiony na Picture Discu z okazji Record Store Day. Podwójny, zremasterowany i brzmienie jest bardzo dobre (jest jakaś legenda, że brzmienie na picture discach jest kiepskie).

Skoro mnie Pan Robert zaintrygował kiedyś fryzurą. To tu mnie zaintrygował okładką. Postanowiłem uważnie posłuchać tej płyty (25 lat na mnie czekała). Czy ta płyta przebiję się przez ogromne pomnikowe pozycje takie jak Disintegretion czy Faith?

Uważnie słuchając, w łóżku, w autobusie, uwolniłem się od Roberta posągowego, pomnikowego, pływającego po głębokich wodach. To zbiór bardzo dobrych piosenek, ze swingującym dzikim nastrojem. Odzywają się pomnikowe echa gdzieniegdzie, ale ile tu różnych pomysłów muzycznych pozwalających zrzucić czarne szaty, wyjść z wiszących ogrodów i pobawić się pajacykiem z okładki (chociaż zdaje się pęknięty).

Muzycznie jest bardzo różnorodnie, muzycy dość dużo używali syntezatorów, smyczków, nawet się blacha gdzieniegdzie zdarzy. Ilość piosenek przytłacza, ale po latach słucha się ich nadspodziewanie dobrze.

Chodzą takie słuchy że ta płyta miała być solową płytą Roberta Smitha. W wywiadzie twierdzi że tylko dwa teksty są jego wewnętrznymi przemyśleniami – Want i Bare. O ile Want to niezła kiurowa piosenka – tekst oczywisty, każdy moment tego chcenia więcej i więcej – przeżywa w życiu, o tyle Bare to preludium do Bloodflowers – podwaliny pod kolejny pomnik.

Powiedzieć, że się zmieniłem?
Powiedzieć, że się postarzałem?
Powiedz, że się boję

Różnorodność tekstowa Pana Roberta na tej płycie, jest równie duża jak muzyczna. Porusza się po różnych tematach, ale widać że sprawia to frajdę autorowi. Jest o wizycie w USA, gdzie błyszczał w klubach z muzykami Depeche Mode (Club USA). W tej piosence głos brzmi najmniej kiurowo – czyżby to nie jego skóra? To kłamstwo to moja ulubiona piosenka po uważnym przesłuchaniu – i tekstowo i muzycznie – przejmująca.

Mint Car miał być wielkim przebojem, trochę powojował na listach, ale do klasyki te Cure nie wszedł. W tym tekście szalony nastrój miłosny ogarnął pana Roberta. Bardzo mi się podobają Gone i Numb takie uczucia przeżywał, chyba każdy w swoim żywocie.

Cóż słucham tej płyty drugi, i trzeci raz – rozumiem że czasami trzeba opuścić pomniki i posągi – i znowu rozpala się moją nigdy nie zgasła miłość do the Cure. Może ta płyta musiała na mnie czekać 25 lat. Może rację miał recenzent a Allmusic – ta płyta to coś więcej, niż płyta the Cure.

The Cure – Mint Car

The Cure -Treasure

Autor: Zbigniew Sadowski

Instagram: https://www.instagram.com/zbignmuz/

Już wkrótce blog Zbigniew i Muzyka.

Opublikowano

Polskie woski – ceny coraz wyższe

Na naszym portalu, coraz częściej pojawiają się uwagi, co do wysokich cen niektórych wykonawców polskich z pierwszej połowy lat 80-tych XX wieku. Otóż polskie woski zyskują na wartości. Po pierwsze drogie są płyty które były tłoczone w małych ilościach i są trudności ze znalezieniem ich w dobrym stanie. Po drugie to były bardzo dobre płyty, z bardzo dobrą muzyką i piosenkami, i albo słuchacze za nimi tęsknią, albo odkrywają na nowo.

Izabela Trojanowska – Iza

W 1981 roku ukazała się płyta Iza – Izabeli Trojanowskiej. Aktorka przebojowo wdarła się na polską scenę, można powiedzieć rockowo-mainstremową. Podobała się i starszej publiczności i młodym. Zasługa to świetnych piosenek Romualda Lipki z tekstami Andrzeja Mogielnickiego. Trochę kariera muzyczna pani Iza potem przygasła. Ale miałem okazję być na secie Kamp z piosenkami z lat 80-tych. Pan Iza została przyjęta entuzjastycznie, wykonując utwór właśnie z tej płyty – Jestem twoim grzechem. To kopalnia przebojów – i ta płyta należy do wysoko wycenianych w kategorii: polskie woski. Wystarczy spojrzeć na Allegro.

Kamp! & Iza Trojanowska Jestem Twoim Grzechem Live Festiwal Czterech Kultur Wytwórnia Łódź 7.9.2019

Urszula – Urszula

Kolejna wielka kopalnia przebojów które wyszły spod pióra Romualda Lipski to płyta Urszuli – Urszula. To był też wielki debiut naszej sceny muzycznej początku lat 80-tych XX wieku. Kto nie zna przeboju Dmuchawce, Latawce, Wiatr. Ta płyta wydana w mniejszym nakładzie, też osiąga wysokie ceny, jeżeli jest w bardzo dobrym stanie, chociaż najczęściej została zajechana na prywatkach.

Urszula i Budka Suflera – Dmuchawce Latawce Wiatr

Maanam – Maanam

Maanam też wdarł się na scenę rockową z wielkimi przebojami na festiwalu w Opolu. Przez wiele lat filar naszej sceny rockowej. Kora fascynowała i oszałamiała publiczność. Znowu mamy kopalnię przebojów – wzmocnioną wtedy przez film kinowy – Wielka Majówka (6 razy byłem w kinie popatrzeć na Maanam, w filmie debiutował na ekranie Zbigniew Zamachowski – polecam).

MAANAM „Biegnij razem ze mną”

Republika – Nowe Sytuacje

Ten wpis na temat drogie polskie woski, kończę klasycznym albumem zespołu Republika – Nowe Sytuacje. Trzeba przyznać, że płyta ta cieszy się dużym powodzeniem wśród klubowiczów, jak i wszystkie płyty związane z Grzegorzem Ciechowskim. Całe mnóstwo klasycznych piosenek Republiki. Muzycy w bardzo dobrej formie. Płyta nie zestarzała się. Jest starannie wydana, w biało czarnej konwencji, jak na siermiężne lata socjalizmu.

OPOLE 1983 – Republika – Nowe sytuacje

Opublikowano

Don Airey okiem Mikołaja Krysińskiego

Dorobek mało którego muzyka jest tak bogaty i różnorodny jak dorobek Dona Airyego. Obecny klawiszowiec Deep Purple na początku lat osiemdziesiątych był bliskim współpracownikiem Ozzyego Osbourne’a, a mniej więcej 15 lat później zaaranżowany przez niego utwór wygrywał Eurowizję… pełna wszechstronność. Oczywiście w międzyczasie Airey nie próżnował i nagrywał z niezliczoną ilością artystów, tworząc również swoje solowe kompozycje. Jest co ciekawe także jedynym naocznym świadkiem śmierci Randyego Rhoadesa, a na trasie promującej nagrany przez Jethro Tull Creast Of A Knave, Ian Anderson podziękował mu już po kilku koncertach uznając styl gry Airyego za „nieodpowiedni”. To raczej wyjątek bo w branży muzycznej Don uznawany jest zdecydowanie jako fachowiec i jeden z najlepszych rockowych/hardrockowych klawiszowców.

Mając do dyspozycji naprawdę bogaty wachlarz możliwości jeśli chodzi liczbę tytułów przy których Airey współpracował zdecydowałem się ostatecznie przyjrzeć okresowi przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Najpierw Black Sabbath, potem Ozzy Osbourne i Rainbow Ritchiego Blackmore’a. Same tuzy rocka. W każdym razie nie przedłużając wybierzemy się dziś w podróż po dwóch albumach – „Never Say Die” i „Bark At The Moon”. Szczególnie ten drugi aż kipiący klawiszami Aireygo.

„Never Say Die” czyli najbardziej kontrowersyjny i  burzliwy krążek w historii Sabbathów. Początkowo miał powstać bez Ozzyego, który opuścił zespół w 1977 roku. Rozpoczęto już nawet prace nad muzyką z nowym wokalistą Davem Walkerem, ale Osbourne w pewnym momencie jak wyszedł ze studia, tak po prostu po roku przerwy do niego wrócił i nagrał z zespołem płytę. Bez zbędnej filozofii, no bo po co. Mimo wszystko nastroje w zespole nie były już tak dobre jak wcześniej. Na pracę wpływ miała przede wszystkim bardzo chłodna atmosfera panująca pomiędzy Iommim a Osoburnem. Sam Ozzy podkreślał potem w wywiadach że to już nie było to samo, nie wkładali już muzykę tyle samo serca…

… mimo wszystko powstał naprawdę niezły i równy album. Bez wątpienia lepszy niż nagrane 2 lata wcześniej Technical Ecstasy. Jest bardziej spójny, zawiera sporo udanych kompozycji, a dodatkowo część muzyki sprawia wrażenie jakby powstała podczas luźnego jamowania (niepodobne dla Black Sabbath wcześniej). Zespołowi udało się też stworzyć dwa duże przeboje, które po raz pierwszy od dłuższego czasu zostały wysoko sklasyfikowane na listach przebojów – mocny i dynamiczny utwór tytułowy oraz „Hard Road”. W tym drugim z resztą znów bezprecedensowa sytuacja – udzielający się wokalnie Tony Iommi.

Okej, ale skoro punktem wyjścia do moich przemyśleń był Don Airey to czas też wspomnieć o jego wpływie na „Never Say Die”. Słychać go przede wszystkim w „Air Dance”. Jest tam sporo klawiszowych partii, a sam utwór ma bardzo przyjemny balladowy charakter, wyróżniając się dodatkowo pod kątem intrumentalnym. Trochę klawiszy, a właściwie syntezatorów jest też w Johnny Blade. Typowy sabbathowy utwór doprawiony szczyptą nowoczesności. Jeden z lepszych kawałków na krążku, najbardziej w końcówce.

I naprawdę ciężko doszukać się w „Never Say Die” większych słabizn. Przez wielu krytykowany, a trzeba sobie powiedzieć wprost, że Ozzy pożegnał z Black Sabbath, przynajmniej muzycznie, z klasą. To naprawdę niezła płyta.

Tymczasem Osbourne po odejściu z sabbathów długo nie zamierzał próżnować i szybko rozpoczął karierę solową. U jego boku znów pojawił się Airey. Zagrał na trasie koncertowej promującej „Diary Of  A Madman”, i co najważniejsze współtworzył trzeci krążek Ozzyego czyli Bark At The Moon. Słychać tam wpływy Dona bardzo wyraźnie, jest sporo klawiszy, a niektóre z utworów takie jak So Tired czy You’re Not Different wręcz są nimi przepełnione.

Sam krążek (z resztą opisywałem już kiedyś na instagramie) nie należy do moich faworytów. Są tutaj udane kompozycje, niektóre nawet bardzo, ale z solowej dyskografii księcia ciemności wolę bardziej inne tytuły. Niemniej darzę Bark At The Moon ogromnym sentymentem i za każdym razem podczas przesłuchania oplata mnie ona swoim klimatem. Wystarczy przecież spojrzeć na okładkę i obejrzeć teledysk do tytułowego utworu – no rodem z jakiegoś taniego slashera. Piękne.

Co do muzyki jeszcze, naprawdę bardzo lubię syntezatorowe/klawiszowe wstawki Dona na tej płycie. Świetnie brzmi to w „Now You See It (Now You Don’t)” czy w „Centre Of Eternity” – tutaj niczym kościelne organy, trochę gorzej we wspomnianych już wcześniej balladach (So Tired to taki koszmarek że… eh), ale całościowo uznałbym jednak, że jego wkład w krążek zdecydowanie należy ocenić na plus. Bez wątpienia odcisnął na nim duże piętno. Airey jak wiadomo, tworzy i gra do dziś. W 2002 roku został stałym członkiem Deep Purple, zastępując tym samym niedomagającego już Jona Lorda. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy wciąż jest w znakomitej formie, wystarczy posłuchać wydanej w 2017 roku Infinite. Klawisze świetnie współgrają z gitarą Steve’a Morse’a i dają znakomity popis. A kto bywał na ostatnich koncertach Purpli w Polsce, ten nawet mógł usłyszeć graną przez Dona „Szła Dzieweczka”. Tak, tak.. to ostatnie zdanie to nie pomyłka. Mówiłem, że jest wszechstronny. 😉 

Autor : Mikołaj Krysiński (instagram : mam_duzo_plyt_i_o_nich_pisze)

Jeśli chciałbyś nawiązać współpracę z Mikołajem – pisz do niego na maila [email protected]

Opublikowano

Najlepsze wydawnictwa koncertowe według Mikołaja Krysińskiego

Mikołaj Krysiński pisze o swoich ulubionych płytach na koncie instagramowym mam_duzo_plyt_i_o_nich_pisze .

Z chęcią zgodził się, aby napisać gościnnie tekst na naszego bloga!

Nieukrywaną słabość posiadam do dobrych wydawnictw koncertowych. Połączenie rozentuzjazmowanego tłumu fanów, ulubionego zespołu i atmosfery występu na żywo buduje fantastyczny klimat i daje naprawdę ogromną radość z odsłuchiwanej muzyki. Miło oczywiście jeśli zespół podczas danego występu jest odpowiednio dysponowany, a nad całością realizacji czuwa właściwy sztab ludzi. Nie ukrywam, szczególnie irytujące bywa dla mnie wyciszanie dźwięków publiczności i tworzenie sztucznych „cichych” przerw pomiędzy wykonywanymi utworami. Zdarza się tak nie raz, nawet w przypadku omawianego dziś Exit… Stage Left, ale w tym przypadku całość rekompensuje na szczęście znakomita warstwa muzyczna.

Kto zajrzy na mojego instagrama szybko zdąży się zorientować, że zespół który darze największą miłością to pochodzące z Toronto trio o nazwie Rush. Muzyka kanadyjczyków (szczególnie z pierwszego okresu twórczości) ocieka tym co lubię najbardziej – progresywnością. No i właśnie ten okres podsumowany został na wydanym w 1981 roku Exit… Stage Left. Do pewnego momentu albumy koncertowe odgrywały szczególną rolę w dyskografii Rush. Zawsze zamykały ważny etap w twórczości zespołu. Tak było w przypadku All The World’s A Stage, tak było w przypadku Show Of Hands i tak jest w również w tym przypadku.

Repertuar zaprezentowany na Exit… Stage Left obejmuje przede wszystkim utwory z płyt od Farewell To Kings do najsłynniejszego krążka Moving Pictures. Kanadyjczycy wykonują największe hity, ale sięgają też po smaczki, które gościły na koncertach sporadycznie. Zdecydowaną perełką jest zachwycający zmianą tempa oraz rytmu Jacob’s Ladder. Rush zagrało go następnym razem dopiero w 2015 roku podczas trasy z okazji 40-lecia istnienia grupy. Fantastycznie odwzorowany na koncercie daje odpowiedź na pytanie „czemu tak lubisz ich muzykę?. Od razu spieszę z odpowiedzią: „przesłuchajcie Jacob’s Ladder”.

Bezsprzecznie należy również zwrócić uwagę na moment kiedy Alex Lifeson sięga po gitarę akustyczną. Instrumentalne Broon’s Bane to jedynie wstęp do znakomicie zagranego The Trees. Kolejny z mniej ogranych utworów oczarowuje podczas odsłuchu. Kunszt muzyczny kanadyjczyjków plus świetny, metaforyczny tekst Neila Pearta. Klasa. Ale „Drzewa” to jedynie wstęp. Panowie sięgają po dwugryfowe gitary i rozpoczyna się Xanadu. Klasyczne, progresywne Rush. Rozbudowane formy i niesamowite umiejętności techniczne… to już ten moment kiedy się rozpływam. Dość. Następnie dwa wielkie hity – „Freewill” oraz „Tom Sawyer”, a na sam koniec „La Villa Strangiato”. Utwór technicznie tak zaawansowany, że sam zespół z trudem odgrywał później ten utwór na koncertach.

Exit… Stage Left to bezapelacyjnie Rush dla początkujących. Jeśli chcesz poznać trochę bliżej kanadyjczyków zacznij od tego wydawnictwa. To kwintesencja. Kwintesencja tego co najlepsze w Rush.

Okej, ale nie poprzestajemy na tym i dorzucamy jeszcze jeden album. Na podium zespołów ukochanych jest miejsce także dla brytyjskiego agronoma. Jednak jeśli koncerty Jethro Tull to obowiązkowo z obrazem. Ian Anderson – wokalista i lider, to showman przez duże S. Oprócz tego że jest po prostu dowcipny i zabawny to show, które daje na scenie razem ze swoim fletem jest niewiarygodne. Po prostu trzeba to zobaczyć… no i wysłuchać bo zdecydowanie jest czego.

Jethro Tull jak na panujące wówczas standardy dorobił się swojej koncertówki nad wyraz późno. Wydane w 1978 roku Bursting Out było podsumowaniem już ponad dziesięciu lat kariery oraz aż jedynastu albumów studyjnych. Zespół stanął więc przed trudnym zadaniem syntezy najważniejszych utworów z najlepszego okresu grupy i bez wątpienia temu zadaniu sprostał. Z resztą to się musiało po prostu udać. Muzycy byli wtedy na fali – wydali właśnie być może dwa najlepsze krążki w historii zespołu (Songs From The Wood, Heavy Horses), a co najważniejsze występowali w znakomitym składzie. Fantastyczny perkusista Barriemore Barlow, wspierany przez Johna Glascocka na basie i nieocenionego gitarzystego Martina Barre. Przepis na sukces, istna bestia koncertowa. Niestety Glascock zmarł niedługo później, a Barlow nie mogący pogodzić się z jego śmiercią zdecydował się odejść z zespołu. Dlatego ośmielę się napisać, że już nigdy w tak dobrym składzie Jethro Tull żadnego koncertu nie zagrało. Tym bardziej po Bursting Out warto sięgnąć.

To okres kiedy zespół był nabuzowany energią. Słychać to. Już na samym początku dostajemy rockowe No Lullaby, a w kolejnym Sweet Dream Anderson i spółka zdecydowanie nie zwalniają tempa. Chwilę wytchnienia możemy złapać podczas Skating Away… i promujących Heavy Horses dwóch osadzonych w folku kompozycjach – Jack In The Green oraz One Brown Mouse. Czemu Ian nie zmieścił na setliście tytułowego utworu z tego krążka? Nie wie nikt, można tylko żałować. Na osłodę w kolejnym A New Yesterday prezentuje za to taką solówkę na swoim koronnym instrumencie że zdecydowanie można mu to wybaczyć. Koniec pierwszego dysku to natomiast ponad 12-minutowe wykonanie Thick As A Brick. Dla niewtajemniczonych Anderson na potrzeby tego utworu wymyślił fikcyjną postać – Geralda Bostocka. Wielu uwierzyło nawet w jego istnienie, do tego stopnia że na wikipedii figuruje jako współautor wykonania tejże suity. 😉

Drugi dysk to znowu dawka rocka i znowu przeboje. Jest Cross Eyed Mary, jest Aqualung czy Locomotive Breath. Nawet odrobinę wolę drugi krążek od pierwszego, ale to tak naprawdę minimalnie bo cały koncert jest zacny i godny uwagi. Naprawdę warto, warto sięgnąć i wysłuchać.

Świetnie dobrany repertuar, zespół będący w znakomitej w formie i zestaw wyśmienitych muzyków. Całość tworząca znakomite podsumowanie i kwintesencję tego co najlepsze. To można powiedzieć o Bursting Out, to można powiedzieć też o Exit… Stage Left. Nic, tylko słuchać. Enjoy!

Jeśli chciałbyś nawiązać współpracę z Mikołajem – pisz do niego na maila [email protected].

Opublikowano

Rockowe skrzypce na wosku

Rock jest zawsze kojarzony z gitarą i tak już chyba zostanie. Ale kreatywni muzycy, w latach 60-tych starali się wprowadzać różne instrumenty. Skrzypce już wcześniej gościły w jazzie. Od początku lat 70-tych, mamy rockowe skrzypce na wosku. Celowały w tym przede wszystkim zespoły progresywnego rocka, ale nie tylko.

Kansas – Song For America

Jednym z bardziej znanych zespołów rocka progresywnego który jest znany z brzmienia skrzypiec jest amerykański zespół Kansas. W Polsce popularny dzięki Piotrowi Kaczkowskiemu i nieistniejącemu już Programowi Trzeciego Radia. Robby Steinhard pięknie dopełniał brzmienie zespołu (będąc jednocześnie wokalistą) . Niestety w tym roku odszedł do niebiańskiej orkiestry. Song For America to klasyczna, wspaniała płyta zespołu.

Kansas – Song For America (There’s Know Place Like Home)

Kansas – Masque

Płyta Masque, to jeszcze starsza pozycja z dyskografii zespołu Kansa. Skrzypce rockowe na wosku, też lśnią na tej płycie w pełnej krasie. Zespół był jeszcze przed światową karierą. Wielu fanów woli te starsze surowe płyty, tak jak w przypadku Rush. Robby w świetnej formie.

It Takes a Woman’s Love (To Make a Man)

RSC – RSC

W polskim rocku – rockowe skrzypce na wosku – mamy między innymi dzięki rzeszowskiemu zespołowi RSC. Trudno nie porównać jego brzmienia z grupą Kansas. Trzeba napisać, że zespół nieźle sobie radził na listach przebojów, z czasem zaczął iść w kierunku bardziej nowoczesnego brzmienia. Co jakiś czas reaktywuje się, my jednak uwilebiamy ten klasyczny Wosk, który spokojnie można postawić koło płyt zespołu Kansas.

rsc- Kradniesz mi moją duszę

Krzak – Blues Rock Band

Zespołem który wprowadził w Polsce skrzypce do konwencji bluesowo-rockowej, była grupa Krzak. Dzięki Janowi Błędowskiemu mamy klasyczne rockowe skrzypce na wosku. Ich pierwsza klasyczna płyta, ukazała się w czasach, gdy promowano kilka zespołów pod hasłem Muzyka Młodej Generacji (Exodus, Kombi, Kasa Chorych). Z tej płyty pochodzi kultowy utwór Czakuś.

Krzak- Czakuś Live 1981

Opublikowano

Złote lata 80-te w polskim rocku na winylach

Mieliśmy okres w historii polskiej muzyki rockowej który na pewno można nazwać złotym okresem, nastąpił wysyp wielu interesujących zespołów, muzyka rockowa pojawiła się w środkach masowego przekazu, koncerty przyciągały tłumy. Złote lata 80-te w polskim rocku na winylach – to wiele świetnych i legendarnych pozycji.

Maanam – Maanam

Maanam to projekt muzyczny Marka Jackowskiego, wcześniej związanego z zespołami Anawa i Osjan. Oczywiście filarem tego zespołu była Kora. Wokalistka z ogromną charyzmą, pisząca ciekawe teksty z szokującym stylem ubierania i wyglądu, jak na tamte czasy. Wielu uważa ich pierwszą płytę za najbardziej doskonałą kwintesencję ich rockowych początków. To tu są wielkie przeboje które dały przepustkę do długiej kariery. To tu pokazywali rockowe pazury, ku uciesze młodzieżowej publiczności. Takie piosenki jak Boskie Buenos czy Żądza Pieniądza to absolutne klasyki.

Maanam – Boskie Buenos

Maanam – O!

Druga płyta Maanam O! była już bardziej zróżnicowaną pozycją. Kora rozwinęła się tekstowo. Zespół zaczął różnorodne wizje Marka Jackowskiego. Warty podkreślenia jest udział Tomasza Stańki w jednym z utworów. Jak wspominał sam mistrz, nie bardzo pamiętał udział – z uwagi na niezłe „upalenie” wiadomymi środkami. To na tej płycie jest jeden z najlepszych tekstów Kory – Paranoja jest goła oraz aktualny dzisiaj utwór Die Grenze. Warto pamiętać, że płyta powstawała w okresie stanu wojennego.

Maanam Die Grenze

Oddział Zamknięty – Oddział Zamknięty

Oddział Zamknięty zdobył ogromną popularność wśród publiczności na początku lat osiemdziesiątych. Zaważyły teksty (kto nie zna Prywatki) i autentyczność Krzysztofa Jaryczewskiego – wokalisty zespołu. Ich płyta to filar okresu – złote lata 80-te w polskim rocku na winylach. Kopalnia przebojów, ciekawa rockowa – nowoczesna jak na tamte czasy muzyka – nieprzebrane tłumy które chciały mieć pierwszą płytę Oddziału. Niestety używki na długo przerwały karierę Jarego.

Oddział Zamknięty – Ten Wasz Świat

Republika – Nowe Sytuacje

Republika i Grzegorz Ciechowski wprowadzili nowe myślenie do muzyki rockowej. Teksty były bardziej literackie, przesiąknięte inspiracjami lidera. Muzyka bardzo nowofalowa i inna od pozostałych propozycji. Zespół na początku działalności wykreował też swój biało-czarny wizerunek. Pomimo ogromnej popularności, zespół miał też wielu przeciwników, zarzucających zespołowi brak rockowej autentyczności (konflikt na festiwalu w Jarocinie). Ta płyta to kopalnia przebojów wylansowanych przez nieistniejący już Program Trzeci Polskiego Radia.

Republika – Nowe Sytuacje

Opublikowano

Wielcy kompozytorzy na płytach winylowych

Na giełdach płyt winylowych jeszcze po macoszemu traktuje się muzykę klasyczną. Ale z naszych doświadczeń wynika, że coraz więcej melomanów szuka czarnych krążków w zakresie – wielcy kompozytorzy na płytach winylowych Ceny powoli idą w górę. Oczywiście ich stan musi być, bardzo dobry, żeby nie psuć odbioru, ale są płyty które nawet w złym stanie osiągają zawrotne ceny z uwagi na wykonawców. My dzisiaj skupimy się na największych kompozytorach.

Wolfgang Amadeusz Mozart, Piotr Paleczny, Polish Chamber Orchestra, Jerzy Maksymiuk – Piano Concerto No.20 in D minor K466

Zaczynamy od jednego z największych geniuszy muzycznych w historii muzyki – pana Mozarta. Proponujemy płytę z nagraniem Kncertu No.20 in D minor K466 wykonaną przez mistrzów – Piotra Palecznego, Polską Orkiestrę Kameralną dyrygowaną przez światowej sławy dyrygenta Jerzego Maksymiuka.

Mozart. Piano Concerto No. 20 in D minor, K466 – Martha Argerich

Witold Małcużyński – Sergiusz Rachmaninow Koncert Fortepianowy Nr 3 D-moll

Wielkiego rosyjskiego kompozytora Sergiusz Rachmaninowa, wziął na warsztat uczeń samego mistrza Paderewskiego – Witold Małcużyński. Płyta ma wartość historyczną – została wydana w 1961 roku. Pan Małcyżński wykonuje Trzeci Koncert fortepianowy d-moll op.30 towarzyszy orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą Witolda Rowickiego.

Witold Małcużyński plays Rachmaninoff Piano Concerto No.3 (1949 recording)

Krzysztof Penderecki – Jutrznia – Utrenja

Jeden z największych kompozytorów naszych czasów skomponował dzieło pięknie wydane na podwójnym albumie, pod tytułem Jutrznia. Płyta wydana była w czasach socjalizmu, mimo to posiada piękną grafikę oraz wkładkę z opisem dzieła mistrza. Wraz z „Pasją według św. Łukasza” tworzą one tryptyk, którego tematem są wydarzenia Triduum Paschalnego. „Jutrznia” powstała z inspiracji prawosławną liturgią Wielkiej Soboty, która koncentruje się na opłakiwaniu śmierci Chrystusa, oraz Jutrzni Paschalnej, nabożeństwa odprawianego w poranek Wielkanocny, dla uczczenia zmartwychwstania Jezusa.

Warsaw Boys Choir – JUTRZNIA – Krzysztof Penderecki

William Wolfram – Chopin IV Ballada f-moll, Mazurki op.30


Na koniec nasz największy kompozytor – Fryderyk Szopen, do którego chętnie przyznaje się też Francja. Proponujemy płytę w wykonaniu William Woframa z IV balladą f-moll oraz Mazurkiami op.30. Szopen pozostaje muzyczną inspiracją dla wielu kompozytorów i jest chyba jednym z najbardziej popularnych polskich kompozytorów na płytach winylowych.

William Wolfram – Chopin Ballade #4, Op. 52

Opublikowano

Giganci polskiego jazzu na płytach winylowych

Polski jazz jest wysoko ceniony w świecie muzyki. Zamiłowanie do muzyki improwizowanej, być może polega z charakteru Polaków – zawsze uwielbialiśmy i uwielbiamy improwizować. Wielkie nazwiska które możemy zaliczyć do kategorii giganci polskiego jazzu, pojawiły się już pod koniec lat 50-tych XX wieku. Dzisiaj tylko wierzchołek góry lodowej.

Komeda Quintet – Astigmatic

Krzysztof Komeda to jedna z najbardziej znanych postaci polskiego jazzu. Pianista który miał zostać lekarzem, światową sławę zdobył dzięki muzyce filmowej. Niestety jego kariera została tragicznie przerwana, bezsensowną śmiercią. Jego muzyk budzi niezmienne zainteresowanie. Propagatorem jego twórczości był jego kolega – Tomasz Stańko. My proponujemy jazzową klasykę giganta – album Astigmatic.

Krzysztof Komeda 4tet – Requiem for John Coltrane 1967

Michael J.Smith, Zbigniew Namysłowski, Jacek Bednarek – Geomusic 111

Kolejnym gigantem jazzowym jest saksofonista Zbigniew Namysłowski. Grywał on w różnych konfiguracjach i stylach jazzowych. Jest czynnym muzykiem do dzisiaj. Wydał setki płyt. My wybraliśmy płytę nagraną w trio z inną ważną postacią polskiego jazzu – znakomitym kontrabasistą , kompozytorem, muzykiem filharmonicznym – Jackiem Bednarkiem.

Namysłowski Quintet live – No title (by Zbigniew Namysłowski)

Michal Urbaniak Vladislav Sendecki – Recital

Kolejne dwa wielkie nazwiska w kategorii – giganci polskiego jazzu – to Michał Urbaniak i Władysław Sendecki. Michał Urbaniak – wirtuoz jazzowych skrzypiec, zagrał na płycie samego Miles Davisa. W 1983 roku wydali płytę recital. Pięknie połączyli na niej motywy ludowe z jazzem. Polscy jazzmeni robili to często i chętnie.

Michał Urbaniak & Vladislav Sendecki – Polones (1983)

Karolak Bartkowski Szukalski – Time Killers

Trzy wielkie nazwiska zebrały się na płycie Time Killers. Znakomity perkusista – Czesław Bartkowski, i dwóch muzyków którzy niestety grają już w niebiańskiej orkiestrze – klawiszowiec Wojciech Karolak i saksofonista Tomasza Szukalski. Śmiało można powiedzieć, że to trio jazzowych killersów stworzyło wyborną płytę.

Karolak, Szukalski, Bartkowski ‎– Time Killers