Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 498. Holocaust „The Nightcomers”. Szkoccy nastolatkowie, którzy nie wiedzieli, że tworzą historię

Jedziemy dalej z moim wyzwaniem: 500 albumów z książki Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time” – od miejsca 500 aż do numeru 1.

Za nami Y&T „Black Tiger” i Savage „Loose ’n Lethal”. Przy Savage pojawił się pierwszy wyraźny trop prowadzący do Metalliki. I okazuje się, że przy pozycji 498… Metallica znowu pojawia się w tej historii.

Tym razem jedziemy do Szkocji.

#498 – Holocaust „The Nightcomers”

Holocaust – „The Nightcomers”, 1981 rok.

Już sama nazwa zespołu jest taka, że współczesny specjalista od marketingu prawdopodobnie poprosiłby muzyków o ponowne przemyślenie strategii marki.

Ale zostawmy nazwę. Ważniejsza jest muzyka.

I historia kilku bardzo młodych chłopaków, którzy – jak wynika ze wspomnień przytoczonych przez Popoffa – nie do końca zdawali sobie sprawę, że uczestniczą właśnie w narodzinach nowego metalu.

Mieli po 16–17 lat

To chyba najbardziej uderzyło mnie w historii tej płyty.

John Mortimer wspomina, że kiedy nagrywali swój pierwszy singiel, mieli około 16 lat. Gdy powstawał „The Nightcomers”, mieli mniej więcej 17 lat.

Siedemnaście.

W tym wieku człowiek zwykle próbuje dopiero zorientować się, co właściwie chce robić w życiu. Oni nagrywali album, który ponad dwadzieścia lat później trafił do zestawienia Popoffa.

Mortimer wspomina ten czas jako okres zwyczajnej młodzieńczej ekscytacji: chcieli dobrze się bawić, robić dużo hałasu i grać dobre piosenki.

Prosto i bez wielkiej filozofii.

I chyba właśnie dlatego ta muzyka nadal ma swój urok.

Bez planu podboju świata

Holocaust powstał w Edynburgu. W tamtym czasie szkocka scena metalowa była niewielka. Z relacji Mortimera wynika wręcz, że poza Holocaust niewiele było tam zespołów grających taką muzykę.

Nie było wielkiej sceny, menedżerów układających pięcioletnią strategię ani mediów zainteresowanych każdym nowym zespołem.

Było za to coś znacznie ważniejszego:

kilku młodych ludzi, instrumenty i ogromna chęć grania.

Popoff zwraca uwagę na jeszcze jeden ciekawy element. Zespół potrafił łączyć ciężkie granie z chwytliwością i niemal popową konstrukcją niektórych melodii.

I rzeczywiście – „The Nightcomers” nie jest ekstremalnym metalem. To wciąż muzyka bardzo mocno stojąca jedną nogą w hard rocku.

Ale druga noga znajduje się już zdecydowanie gdzie indziej.

Słychać, że coś się właśnie zaczyna

To chyba najciekawsze w słuchaniu tej płyty ponad 40 lat później.

Dzisiaj znamy już dalszy ciąg historii.

Wiemy, czym stał się NWOBHM. Wiemy, co chwilę później zrobiły Iron Maiden, Saxon czy Diamond Head. Wiemy też, jak brytyjskie zespoły wpłynęły na młodych muzyków w USA.

Ale Holocaust tego nie wiedział.

Mortimer wspomina, że dopiero kiedy pojawił się „The Nightcomers”, zaczęli orientować się, że w Wielkiej Brytanii dzieje się coś większego. Zaczęły pojawiać się kolejne zespoły, a muzycy poczuli, że należą do pewnego ruchu.

I tutaj robi się naprawdę ciekawie.

I znowu pojawia się Metallica…

John Mortimer wspomina w książce Popoffa, że pamięta pierwszą trasę Def Leppard jako supportu AC/DC. Holocaust był wtedy młodym zespołem funkcjonującym w tej samej rodzącej się kulturze.

A kilka lat później muzyką Holocaust zainteresowała się Metallica.

Metallica nagrała cover utworu „The Small Hours”, który znalazł się na EP „The $5.98 E.P. – Garage Days Re-Revisited”.

Co ciekawe, „The Small Hours” nie pochodzi z „The Nightcomers” – znalazł się wcześniej na koncertowej EP „Live from the Raw Loud 'n’ Live Tour”. Ale pokazuje, dokąd sięgał wpływ tego małego szkockiego zespołu.

I to jest już drugi raz z rzędu.

#499 Savage – inspiracja dla młodej Metalliki.

#498 Holocaust – zespół, którego utwór Metallica później nagrała.

Zaczynam podejrzewać, że gdy dojdę do miejsca 1, przy okazji będę miał całkiem niezłą mapę muzycznego DNA Metalliki.

A jak brzmi „The Nightcomers” dzisiaj?

Surowo.

I bardzo dobrze.

Nie ma tutaj perfekcyjnej produkcji. Nie ma komputerowej precyzji. Nie ma też poczucia, że każdy dźwięk został przeanalizowany przez sztab producentów.

Jest za to młodzieńcza energia.

Trochę hard rocka. Trochę tego, co za chwilę zaczniemy już jednoznacznie nazywać heavy metalem. Chwytliwe refreny, proste konstrukcje, gitary i przede wszystkim entuzjazm.

Słuchając tego albumu, warto pamiętać:

oni mieli około 17 lat.

To zmienia perspektywę.

I właśnie dlatego robię ten ranking

Gdybym postanowił przesłuchać 50 największych albumów metalowych, prawdopodobnie większość z nich już bym znał.

Przy 500 płytach zaczyna się prawdziwa archeologia.

Savage.

Holocaust.

Zespoły, które nie zostały światowymi gwiazdami, ale których muzyki słuchali ludzie, którzy później tymi gwiazdami zostali.

I właśnie takie odkrycia interesują mnie tutaj najbardziej.

Stan wyzwania:

🎧 Przesłuchane: 3/500
🔥 #498 Holocaust – „The Nightcomers”
📅 1981
🏴 Szkocja
🤘 NWOBHM
👦 Wiek muzyków: około 17 lat
🔗 Ślad w historii: m.in. Metallica
Do końca: 497 płyt

A teraz oczywiście…

KONKURS – co znajduje się na miejscu 497?

Tym razem opuszczamy Wielką Brytanię.

Lecimy za Atlantyk. I skoro mówię „lecimy”, to nie jest to słowo przypadkowe. ✈️

Jak zawsze: pierwsza osoba, która poda nazwę zespołu i tytuł albumu, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

Podpowiedzi:

👉 1. Cofamy się jeszcze bardziej.
„The Nightcomers” było z 1981 roku. Następna płyta pochodzi z 1979. Metal dopiero nabiera rozpędu.

👉 2. Wracamy do USA. 🇺🇸
Konkretnie – Nowy Jork.

👉 3. Nazwa zespołu oznacza coś, czego organizator koncertu zdecydowanie nie chce zobaczyć pod sceną.
Dużo ludzi, dużo emocji, policja… i koncert może skończyć się wcześniej niż bis. 😎

👉 4. Tytuł płyty zabiera nas bardzo daleko od Nowego Jorku.
Do Japonii. 🇯🇵

👉 5. Kto latał do Tokio, może znać tę nazwę bez znajomości heavy metalu.
Przydaje się paszport. Jeszcze bardziej karta pokładowa. ✈️

👉 6. To nazwa miasta, ale dla milionów podróżnych kojarzy się przede wszystkim z jednym z lotnisk obsługujących Tokio.

I podpowiedź ostatniej szansy:

Zespół = coś pomiędzy demonstracją a totalnym chaosem.
Album = miejsce, w którym można wylądować, lecąc do Tokio.

Teraz już więcej powiedzieć nie mogę, bo musiałbym pokazać okładkę. 😂

Kto zgadnie #497?

Google tradycyjnie siedzi na ławce rezerwowych, a książkę Martina Popoffa proszę na chwilę odłożyć. 😉

🤘 Ciąg dalszy nastąpi. Jeszcze tylko 497 albumów!

#KlubStarejPłyty #500MetalowychAlbumów #Holocaust #TheNightcomers #NWOBHM #HeavyMetal #Metal #Vinyl #Winyl #MetalNaWinylu

Opublikowano

500 metalowych płyt – miejsce 499. Savage „Loose ’n Lethal”. Przypadkiem genialne?

Jedziemy dalej z moim wyzwaniem inspirowanym książką Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”. Plan pozostaje bez zmian: przesłuchać wszystkie 500 płyt, zaczynając od końca, sprawdzić, jak brzmią po latach, i przy okazji zobaczyć, czy da się je zdobyć na winylu.

Miejsce 500 zajmował Y&T – „Black Tiger”. Było dobrze. Klasyczny amerykański metal początku lat 80.

Teraz przeskakujemy przez Atlantyk.

Miejsce 499: Savage – „Loose ’n Lethal”

I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Savage to brytyjski zespół należący do nurtu NWOBHM – New Wave of British Heavy Metal, a „Loose ’n Lethal” jest jego debiutanckim albumem, wydanym w 1983 roku przez Ebony Records.

Przyznam od razu: tej płyty wcześniej nie znałem.

I właśnie dla takich odkryć wymyśliłem sobie całe to 500-albumowe szaleństwo.

Trochę chaosu, trochę naiwności i dużo gitar

Popoff opisuje „Loose ’n Lethal” jako płytę niemal „przypadkiem genialną”. I kiedy czyta się historię jej powstawania, zaczyna być jasne, o co mu chodzi.

To nie jest album, który sprawia wrażenie wykalkulowanego przy wielkim stole wytwórni. Wręcz przeciwnie.

Z relacji muzyków przytoczonych w książce wynika, że podstawowe partie rytmiczne nagrywano na żywo, bez click tracków i bez przesadnego kombinowania. Muzycy wchodzili i grali. Dopiero później dogrywano niektóre partie gitar.

I właśnie tę spontaniczność słychać.

Kiedy przy drugim albumie „Hyperactive” zaczęto nagrywać bardziej metodycznie – najpierw perkusję, ścieżki pomocnicze, później gitary – sami muzycy mieli poczucie, że gdzieś zniknęła iskra obecna na debiucie.

„Loose ’n Lethal” brzmi natomiast tak, jakby ktoś powiedział:

Panowie, wzmacniacze są? Są. Gitary są? Są. To grać!

I poszli.

Brud jest tutaj zaletą

Produkcja jest surowa, momentami wręcz brudna. Ale właśnie dzięki temu album ma charakter.

Nie próbowałbym go „naprawiać”.

Gitary są mocne, riffy bezczelne, perkusja wali prosto z mostu, a całość ma w sobie tę charakterystyczną dla początku lat 80. atmosferę, kiedy heavy metal jeszcze nie do końca wiedział, czym za chwilę się stanie.

Savage miesza klasyczny hard rock i NWOBHM z momentami szybszym, bardziej agresywnym graniem. Z dzisiejszej perspektywy można w tym usłyszeć zapowiedź tego, co za chwilę zrobią zespoły thrashmetalowe.

I tutaj pojawia się Metallica.

Metallica słuchała Savage

Najważniejszym utworem na płycie jest otwierający album „Let It Loose”.

Nie tylko dlatego, że świetnie rozpoczyna płytę.

Utwór znała młoda Metallica – Savage podaje, że Metallica wykonywała „Let It Loose” już w 1982 roku, zanim ukazał się album „Loose ’n Lethal”.

To już zmienia perspektywę.

Słuchając tej płyty dzisiaj, łatwo potraktować Savage jako kolejny zapomniany zespół NWOBHM. Tymczasem okazuje się, że gdzieś w Kalifornii młodzi muzycy, którzy za chwilę mieli zmienić historię metalu, słuchali właśnie takich rzeczy.

I nagle „Loose ’n Lethal” zaczyna brzmieć nie jak muzyczna ciekawostka, ale jak jeden z brakujących elementów układanki prowadzącej od NWOBHM do thrash metalu.

Co ciekawe – oni sami chyba nie wiedzieli, co stworzyli

Najbardziej podoba mi się fragment historii przytoczonej przez Popoffa, w którym muzycy wspominają swoją ówczesną naiwność.

Nie było wielkiej strategii. Nie było planowania kariery na pięć albumów do przodu. Było granie.

I może dlatego ta płyta ma tyle energii.

Czasami brak pieniędzy, doświadczenia i producenta mówiącego wszystkim, co mają robić, okazuje się całkiem skuteczną metodą produkcji heavy metalu.

Naiwność bywa twórcza.

Zwłaszcza jeśli do naiwności dołożyć głośny wzmacniacz.

Jak mi się tego słuchało?

Bardzo dobrze. I lepiej niż miejsca 500.

„Black Tiger” Y&T było dla mnie przyjemnym spotkaniem z klasycznym amerykańskim metalem.

Savage ma jednak coś jeszcze – surowość i poczucie niekontrolowanej energii.

„Let It Loose” jest świetnym otwarciem, ale warto przejść przez całość: „Cry Wolf”, „Berlin”, „Dirty Money”, „Ain’t No Fit Place”, „On The Rocks”, „The China Run” i „White Hot”. Oryginalny album zawiera osiem utworów i trwa około 35 minut.

Bez wypełniaczy potrzebnych do dobicia do 70 minut.

Wchodzimy. Gramy. Wychodzimy.

Takie płyty bardzo dobrze starzeją się na winylu.

Stan mojego wyzwania:

🎧 Przesłuchane: 2/500
📚 Pozycja: 499
🤘 Savage – „Loose ’n Lethal”
📅 1983
🇬🇧 NWOBHM
🔥 Odkrycie? Zdecydowanie TAK
Do końca: 498 płyt

I zaczynam rozumieć, że ten eksperyment może być znacznie ciekawszy, niż zakładałem.

Bo jeżeli już przy numerze 499 znajduję płytę, której wcześniej nie znałem, a która okazuje się jednym z elementów historii prowadzącej do Metalliki, to co będzie dalej?


KONKURS – zgadujemy miejsce 498

Poprzednia zagadka prowadziła do Savage. Teraz robi się trochę… mroczniej.

Jak zwykle: pierwsza osoba, która poda prawidłową nazwę zespołu i albumu z miejsca 498, otrzymuje 20% rabatu na dowolny metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.

A oto wskazówki:

👉 Wskazówka nr 1: Zostajemy na Wyspach, ale przesuwamy się na północ. Anglia już nie wystarczy. Przyda się szkocki akcent.

👉 Wskazówka nr 2: Płyta jest jeszcze starsza od Savage. Cofamy zegarek do 1981 roku, czyli sam środek eksplozji NWOBHM.

👉 Wskazówka nr 3: Nazwa zespołu jest wyjątkowo ciężkiego kalibru. Powiedzmy, że gdyby wpisać ją bez żadnego kontekstu do wyszukiwarki, heavy metal prawdopodobnie nie byłby pierwszym wynikiem.

👉 Wskazówka nr 4: Tytuł albumu sugeruje kogoś, kto pojawia się wtedy, gdy większość przyzwoitych ludzi już śpi. 🌙

👉 Wskazówka nr 5: Debiut. Szkocja. 1981. NWOBHM. Nocni goście. I nazwa zespołu, której zdecydowanie nie polecam krzyczeć na lotnisku.

Teraz powinno być już trochę łatwiej. 😈

Kto zgadnie miejsce 498?

Tylko uczciwie – bez szukania listy Popoffa. Google nadal nie zasiada w jury.

Ciąg dalszy nastąpi… 🤘

Opublikowano

500 metalowych płyt. Zaczynam od końca – Y&T „Black Tiger”

Wpadła mi ostatnio w ręce książka Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”. I oczywiście od razu mnie zaciekawiła.

Mam słabość do wszelkiego rodzaju rankingów muzycznych. Można się z nimi zgadzać, można się kłócić, można z oburzeniem pytać: „Jakim cudem ta płyta jest dopiero na tym miejscu?” albo „Co TO tutaj w ogóle robi?”. I chyba właśnie dlatego takie zestawienia są ciekawe.

Książka Popoffa ukazała się w 2004 roku, a więc ma już 22 lata. Z punktu widzenia historii muzyki to całkiem sporo – przez ten czas metal zdążył dorobić się kolejnych ważnych zespołów, albumów i całych nowych pokoleń słuchaczy.

Z drugiej strony moje największe romanse z cięższą muzyką przypadają raczej na czasy sprzed 2004 roku. Pomyślałem więc: sprawdzam!

500 płyt – od końca do początku

Ranking nie jest wyłącznie prywatnym wyborem autora. Martin Popoff zebrał opinie dziennikarzy, muzyków i swoich znajomych związanych ze światem ciężkiej muzyki. Na podstawie głosów powstała lista 500 najważniejszych – ich zdaniem – albumów heavy metalowych wszech czasów.

Postanowiłem rzucić sobie małe wyzwanie:

przesłuchać wszystkie płyty z rankingu – od miejsca 500 aż do numeru 1.

Niektóre oczywiście znam bardzo dobrze. Inne kojarzę, ale dawno ich nie słuchałem. Podejrzewam jednak, że znajdzie się też sporo takich, z którymi – podobnie jak z dzisiejszym bohaterem – spotkam się po raz pierwszy.

Ale będzie jeszcze jeden element tej zabawy.

W końcu prowadzę Klub Starej Płyty, więc przy każdym albumie będę sprawdzał:

Czy można go jeszcze kupić na winylu? Jakie wydania są dostępne? I – co najważniejsze – czy uda mi się zdobyć egzemplarz na półkę Klubu Starej Płyty?

Czy dotrę do miejsca numer 1? Zobaczymy. Przy 500 albumach trochę czasu to zajmie.

Będzie też konkurs

Żeby nie była to wyłącznie moja prywatna podróż przez historię metalu, dokładam do niej małą zabawę.

Po opisaniu kolejnej płyty będę prosił Was o wytypowanie albumu zajmującego następne miejsce w rankingu.

Czyli po numerze 500 będziemy zgadywać numer 499, później 498 itd.

Oczywiście pod jednym warunkiem: nie znajdujemy gotowego zestawienia w Internecie i nie kupujemy książki tylko po to, żeby oszukiwać! 🙂

Będę się starał podrzucać jakieś wskazówki. Na początku może być trudno, ale im bliżej czołówki, tym prawdopodobnie łatwiej będzie przewidzieć, jakie zespoły i albumy się pojawią.

A co można wygrać?

Osoba, która jako pierwsza prawidłowo odgadnie następną płytę, otrzyma:

20% rabatu na dowolnie wybrany album metalowy dostępny na półce Klubu Starej Płyty.

No dobrze. Książka otwarta. Gramofon gotowy.

Jedziemy od końca.

Miejsce 500: Y&T – „Black Tiger”

Pierwszym albumem mojego wyzwania jest:

Y&T – „Black Tiger”

Płyta ukazała się w 1982 roku i – przyznaję – dla mnie było to pierwsze świadome spotkanie z tym albumem.

I pierwsze wrażenie?

Całkiem niezłe.

Nie będę udawał, że po pierwszym przesłuchaniu „Black Tiger” trafił na moją prywatną listę dziesięciu płyt, które zabrałbym na bezludną wyspę. Ale słuchałem go z przyjemnością.

To jest porządny, amerykański metal z początku lat 80. – melodyjny, gitarowy, energetyczny i stojący gdzieś na granicy klasycznego hard rocka i rodzącej się właśnie amerykańskiej odmiany heavy metalu.

Jeżeli ktoś polubił Mötley Crüe choćby po obejrzeniu filmu „The Dirt” na Netflixie i zaczął później odkrywać amerykańską scenę metalową lat 80., powinien spróbować również Y&T.

A jeżeli ktoś słuchał takich rzeczy już wtedy, kiedy były nowością – zapewne doskonale wie, o czym mówię.

Dla mnie było to odkrycie.

Nie objawienie. Ale zdecydowanie płyta warta poznania.

I właśnie o to chodzi w całym tym eksperymencie. Nie chcę przesłuchiwać wyłącznie rzeczy, które już znam i lubię. Chcę sprawdzić, co ominąłem, co przetrwało próbę czasu, a co po ponad 40 latach brzmi już wyłącznie jak dokument swojej epoki.

A co z winylem?

Pierwsze zadanie wykonane.

„Black Tiger” udało mi się zdobyć na winylu i egzemplarz jest już na półce Klubu Starej Płyty.

Czyli po pierwszej pozycji wynik wygląda tak:

Przesłuchane: 1/500
Winyl znaleziony: TAK
Moja ocena po pierwszym spotkaniu: warto posłuchać
Do końca: tylko 499 płyt…

No i pierwsze pytanie konkursowe:

Jaki album znajduje się na miejscu 499 w „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”?

Żeby nie było, że zostawiam Was zupełnie bez pomocy, kilka wskazówek. Oczywiście takich, żeby trochę pomóc, ale przypadkiem nie powiedzieć za dużo. 😈

Wskazówka nr 1:
Szukamy zespołu z Wielkiej Brytanii. Czyli geograficznie jesteśmy zdecydowanie bliżej Iron Maiden niż Mötley Crüe.

Wskazówka nr 2:
Nazwa zespołu sugeruje, że muzycy raczej nie przyszli na herbatę o piątej i rozmowę o pogodzie. Jest w niej coś… dzikiego.

Wskazówka nr 3:
Album pochodzi z 1983 roku. Jeśli więc ktoś chce szukać odpowiedzi metodą archeologiczną, proszę kopać właśnie w tej warstwie metalu.

Wskazówka nr 4:
Tytuł płyty można potraktować jako ostrzeżenie BHP: coś jest tutaj puszczone luzem, a jednocześnie może okazać się śmiertelnie niebezpieczne. Czyli raczej nie zostawiałbym tego bez nadzoru. 😉

Wskazówka nr 5:
Jeżeli połączymy dwie ostatnie wskazówki, wychodzi nam mniej więcej:
dziki + spuszczony ze smyczy + zabójczy.
Teraz zrobiło się już chyba podejrzanie łatwo…

Kto pierwszy poda nazwę zespołu i tytuł albumu z miejsca 499, otrzymuje 20% rabatu na dowolnie wybrany metalowy album dostępny na półce Klubu Starej Płyty.

Google nie jest członkiem jury. Książka Martina Popoffa też chwilowo powinna leżeć zamknięta. 😎

Czekam na typy! 🤘

A ja zabieram się za numer 499.

Ciąg dalszy nastąpi… 🤘

Klub Starej Płyty – słuchamy, szukamy winyli i sprawdzamy, czy rankingi sprzed lat nadal mają sens.

Opublikowano

Czy jazz umarł? Denzel Curry, DOMi & JD Beck

Na wrześniowej okładce DwonBeat pojawia się slogan, który co jakiś czas powraca – jazz umarł. Dyskusja akademicka, jazz jest i będzie grany, mało tego przenika do powszechnej wiadomości – często bez wiedzy słuchaczy, i część z nich dojdzie pewnie kiedyś do jazzu. Wykonawcy Denzel Curry, Domi &JD Beck wydali w 2022 roku doskonałe płyty które są tego przykładem.

Denzel Curry MELTE MY EYEZ SEE YOUR FUTURE

Okładka płyty winylowej artysty Denzel Curry o tytule Melt My Eyez See Your Future

Piąty album wykonawcy Denzel Curry zebrał doskonałe recenzje. Wykonawca zadbała o właściwe podłoże liryczne, jest świetnym raperem ze stażem już kilkupłytowym. Oprócz warstwy słownej doskonała jest warstwa muzyczna – uważana przez wielu krytyków za podejście renesansowe na poziomie południowego hip-hopu. Deznzel Curry przemyca dużo elementów jazzu, czy raczej neo-soul jazzu. Pierwszy utwór zwraca uwagę, z udziałem Roberta Glaspera, pianisty klawiszowca i producenta, który stał się ulubionym jazzowym artystą producentów hip-hopowych i artystów soulowych. Jego udział i produkcja potwierdzają długotrwały związek jazzu z gospel, bluesem i funkiem, oraz istnienie artystów jazzowych którzy interesują się także nowszymi formami muzyki np. hip-hopu i house’u. Polecam początek albumu czyli Melt Session #1 który płynnie przechodzi w doskonały Walkin. Denzel Curry łapie wyborny flow przy wspaniałej produkcji neo-soul jazz.

Denzel Curry WALKIN

DOMi & Jd Beck NOT TIGHT

Okładka płyty CD artysty Domi & JD Beck o tytule Not Tight

Druga płyta która świadczy, że Jazz ma się dobrze – to dziełko „cudownych dzieci”, naywanych „przyszłością jazzu” DOMi & JD BEck. Świetnie wyszktałcona Domi Louna wspaniale gra na instrumentach klawiszowych. Jej partner James Dennis Beck, w skrócie JD, od małego gra na perkusji, jamował między innnymi z muzykami Eryki Badduh. Współpracował już z takimi wykonawcami jak Snoop Dogg, Justin Timberlake czy Snarky Puppy. Od 2018 roku DOMi & JD Beck tworzą jazz, który jest równie dziki i kolorowy jak ich wyglą. Płyta ukazuje się nakładem szacownej wytwórni Blue Note. Grono gości jest szacowen: Thunder Cat, Mac De Marco. Herbie Hancock, Bista Rhymes, Snoop Dogg i Kurt Rosenwinkel. Starym wyjadaczom podobają się te młodziaki. Słuchając ich muzyki trudno nie zauważyć dlaczego, świetna oszczędna gra na klaiwszach DOMi, wirtuozeria perkusity – mieszanka doskonała. Intrygujące teledyski i doskonała gra na żywo – jazz nie umarł.

DOMi & JD BECK – SMiLE

DOMi & JD BECK: Tiny Desk Concert

Zildjian LIVE! – JD Beck (Featuring DOMi)

Opublikowano

Winyle nieoficjalne

Dawno temu czytałem o pirackich płytach z wypiekami na twarzy. W czasach gdy zdobycie oficjalnego winyla było cudem i wydatkiem ogromnym (70-80-te lata XX wieku), trudno było marzyć o zdobyciu pirata. Czasami takie wydawnictwo można było usłyszeć w eterze radiowym, gdy któryś pan redaktor zdobył takie cudo i odtworzył (pamiętam pan Janiszewskiego z rozgłośni Lubelskiej i jego pirackie longplaye Pink Floyd). Dźwięk najczęściej był marny, ale cóż to dla fana – mogłem usłyszeć koncert, o którym mogłem tylko pomarzyć. Potem piractwo przyjęło ogromne rozmiary – ale to zupełnie inna historia. Dzisiaj wśród oferty winyli możemy trafić na tak zwane wydawnictwa nieoficjalne – winyle nieoficjalne. Z jakością dźwięku jest różnie – ale są bardzo starannie wydane i stanowią cenne uzupełnienie kolekcji – szczególnie dla fanów.

Nine Inch Nails & David Bowie: Back In Anger: 1995 Radio Transmissions 4LP

Jest kilka wersji tego wydawnictwa. W roku 1995 na jednej scenie pojawili się David Bowie i Nine Inch Nails. Dawid Bowie zdecydował się na wspólne występy z będącą wtedy na ogromnej fali popularności grupą Trenta Reznora. Cóż to było za spotkanie. Całość składa się z koncertu Nine Inch Nails, wspólnego wsytępu oraz koncertu Davida. W tym przypadku mam do czynienia z transmisją radiową – jakość dźwięku jak na winyle nieoficjalne jest rewelacyjna. Ale jeżeli jest się fanem – to przeżywanie tego koncertu, pozwala zapomnieć o audiofilskich zapędach. Wydane w formie albumu cztery albumy – i muzycznie i edytorsko przynoszą wiele radości.

David Bowie Nine Inch Nails Hurt

Joy Division – Live In Preston, February 28, 1980 (180g) LP

Okładka płyty Joy Division - Live in Preston

W przypadku tej płyty, gorzej jest z jakością dźwięku, ale Joy Division pozostawili niewielki dorobek płytowy, więc fani wiele zniosą aby usłyszeć Iana Curtisa i spółkę na żywo. Winyle nieoficjalne Joy Division to już niezła kolekcja – zapotzrebowanie na ich muzykę i kult wokalisty jest ogromny. Z pozycji fana mogę powiedzieć, że ta płyta jest fascynująca. Jeżli ktoś jest audiofilem, nie zna Joy Division – odradzam – będzie narzekał na jakość dźwięku.

The Eternal – Joy Division (live at Preston Warehouse)

#davidbowie #nineinchnails #joydivision

Opublikowano

Justin K Broadrick i jego piekielna muzyka

Na kwietniową okładkę, kultowego magazynu The Wire, trafił pan Justin K Broadrick. W środku prawdziwa uczta dla fanów Napalm Death, Godflesh czy Jesu – wywiad i omówienie najważniejszych płyt artysty.

Napalm Death – Scum LP

»Scum« to debiutancki album brytyjskiego zespołu grindcore Napalm Death z 1987 roku. Jest uważany za jeden z najważniejszych albumów tego gatunku. Justin K Broadrick i koledzy, rozwalili wtedy system. Grali krótko, szybko, głośno i na temat. dramatyczny atak dźwiękowy na uszy powalił wielu. Miałem okazję zobaczyć Napalm Death – na żywo – niezapomniane przeżycie.

Wkład Broadricka w kamień milowy w muzyce ekstremalnej, jest znaczący. Dołączył do zespołu w 1985 roku. W momencie w którym grupa skupiła się na najwyższym dostępnym tempie hardcore punk i wyzwaniu, by go przyćmić. LP Scum z 28 utworami, pierwsza formalnie wydana muzyka Napalm Death, był nieoczekiwanym hitem na listach przebojów indie. Wskazywało to, że publiczność na taką muzyka była większa, niż ktokolwiek sobie wyobraża. Broadrick występuje tylko na pierwszej stronie, obok wokalisty/basisty Nicholasa Bullena i perkusisty Micka Harrisa – ich 12 piosenek nagranych w 1986 roku zawiera pojedynczy wokal dla gitarzysty „Polluted Minds” oraz ponure, stonowane riffy.

Napalm Death – Scum

Godflesh – Streetcleaner LP

Godflesh to pionierski industrial metalowy projekt byłego Justina K Broadricka.

Przełomowy debiutancki album »Street Cleaner« zawiera 10 klimatycznych i minimalistycznych industrialno-metalowych utworów, które zdefiniowały gatunek i postawiły zespół w lidze z takimi zespołami jak Ministry czy Type O Negative.

Warto przeczytać co mówi o muzyce Goodflesh, jej główny twórca:

„Łatwo jest pomyśleć, że muzyka tak dusząca jak Godflesh musi być usiana mizantropią. Ale chociaż można to zinterpretować jako celowo szokujące i zewnętrznie agresywne, poszukaj trochę głębiej i odkryjesz, że horror zawarty w pracy jest podobny do terapii, sposobu na okradanie demonów z ich mocy poprzez nazywanie ich. Jak stwierdza Marie Thompson w swojej książce Beyond Unwanted Sound, hałas może mieć pozytywne skutki, a przemyślenia Broadricka na ten temat zgadzają się z tą perspektywą.

„Piękno muzyki to dla mnie nie tylko transcendencja, ale wydaje się, że uczestniczy się w magicznym procesie. Jest coś niewidzialnego, coś, czego nigdy nie potrafię wyartykułować. I to jest dla mnie piękne. Ironia polega na tym, że nie jestem znany ze szczególnie przyjemnej muzyki.”

To brzydkie piękno rozciąga się na jego proces tworzenia muzyki. „To dosłownie przekracza wszystko, kiedy tworzę, właściwie jestem w tej chwili. Jestem tu teraz — mówi Broadrick. „I przewyższa cały ból, cały nadmiar duszących emocji, które odczuwałem przez całe życie. Ale tak naprawdę zacząłem to rozpoznawać dopiero, gdy dorosłem i zwolniłem, ponieważ wcześniej zawsze biegałem z nadmierną prędkością. Ciągle jestem niespokojny z ekspresją. Jestem całkowicie zanurzony w emocjach, które próbuję wyrazić i wydaje mi się, że to dla mnie koniec. I to jest integralne. Muszę tworzyć muzykę, która wydaje się, że to koniec”.

Godflesh „Like Rats”

Jesu/Sun Kil Moon – Jesu/Sun Kil Moon 2LP

Jednym z wielu projektów artysty jest Jesu. Mark Kozelek i Justin Broadrick wydają debiutancki album ich współpracy jako Jesu/Sun Kil Moon na albumie, który trwa 79 minut i zawiera gościnne wkłady Rachel Goswell, Low, Isaaca Brocka, Willa Oldhama i innych. Jedna z piosenek – »Exodus«, jest poświęcona zmarłemu synowi Nicka Cave’a.

Trafiłem na dobrą recenzję tego albumu na portalu https://rateyourmusic.com/release/album/jesu-sun-kil-moon/jesu-sun-kil-moon/

„Dla Kozelka był to jeden z pierwszych albumów, nad którymi pracował, wykorzystując swój strumień świadomościowego pisania piosenek. Dla Justina był to taki miszmasz stylów, porzucanie swoich industrialnych korzeni i po prostu dostarczanie muzyki dla mężczyzny, który lubi się włóczyć. To było tak dziwne połączenie i twórcza decyzja, że ​​nawet ja poczułem się zniechęcony tym pomysłem. Wokal Marka nie powinien w końcu pasować do instrumentacji Justina, prawda? Co dziwne… Jakoś pasują,

Kluczem do cieszenia się tym albumem jest zaakceptowanie stylu pisania piosenek Marka Kozelka . Jego piosenki są długie, znacznie częściej wypowiadane niż śpiewane i mogą być trudne do rozszyfrowania, porzucając dość bezpośrednią narrację swojego poprzedniego projektu. Jednocześnie – teksty strumienia świadomości pozwalają w pełni pokazać potencjał Marka nie tylko jako piosenkarza czy autora tekstów, ale bardziej jako prawdziwego pisarza, poety.

I jest jeszcze Justin Broadrick . Pomimo występów tutaj jako Jesu , jest całkiem jasne, że jest to znacznie bardziej solowe przedsięwzięcie Justina, co pozwala mu zaprezentować szeroką gamę stylów, z którymi pracował przez całą swoją karierę. Niektóre utwory to typowy styl inspirowany drone metalem shoegaze, podczas gdy na innych zagłębia się w produkcję elektroniczną, bawiąc się ambientem, glitchem i nie tylko. Jego instrumentalne partie bardzo się różnią, a jednak zawsze udaje im się dopasować do tonu tekstów Marka lub jego głosu.

Z tym (i ogólnym stylem i klimatem albumu) cała płyta przypomina trochę Lulu , co w żadnym wypadku nie jest inwektywą. Właściwie – kocham Lulu . Obie płyty zbudowane są na tym samym fundamencie – dwóch aktach z różnych światów, dzielących się wzajemnym szacunkiem i fascynacją, decydujących się na współpracę przy jednej płycie (w tym konkretnym przypadku na dwóch płytach), ostatecznie jednak dzielących publiczność.

Również inne elementy tego albumu były całkiem niezłe. Rachel Goswell ze Slowdive , współczesna legenda americana Bonnie „Prince” Billy , Alan Sparhawk z Low oraz Mimi Parker i Isaac Brock z Modest Mouse to nie tylko świetna gratka dla fanów, ale także ważny dodatek. Ogólnie rzecz biorąc – bardzo podobał mi się Jesu/Sun Kil Moon . Ponieważ ta płyta jest dziwna i niechlujna, z każdą powtórką robi się niesamowicie dobra. ” Autor: TacoAndrews

He’s Bad – Jesu/Sun Kil Moon

Opublikowano

Led Zeppelin – nieustanna celebracja.

Beth Hart – A Tribute To Led Zeppelin LP

Królowa bluesa Beth Harth wydała płytę Tribute To Led Zeppelin. Piosenkarka jest popularna w Polsce, często gościła na dawnej liście przebojów Trójki. Celebracja Led Zeppelin trwa długo po zakończeniu ich kariery. Trzeba przyznać, że pozostawili sporo doskonałych piosenek i jest co święcić. Beth Harth podeszła do tematu, po swojemu – stylowo i bluesowo – polecamy.

Beth Hart – Black Dog

Led Zeppelin: Celebration Day: Live 2007

Grafika okładki albumu Beth Harth mocno przypomina wielkie wydarzenie sprzed lat. W 2007 roku Led Zeppelin wystąpili razem na wspaniałym koncercie w londyńskiej hali 02 – uwiecznionym na DVD i CD. Odświeżyłem sobie ostatnio ten koncert. Warto wrócić – Panowie byli w wybornej formie. Wspaniale bębnij syn nieżyjącego perkusisty Jason Bonham. I ta publiczność, ze łzami w oczach, wspaniale reagująca na każdy utwór. O cenach biletów na ten koncert krążyły legendy.

Led Zeppelin – Kashmir (Live from Celebration Day)

Greta Van Fleet: Anthem Of The Peaceful Army

Wśród młodych twa celebracja Led Zeppelin dzięki zespołowi Greta Van Flet. Nie ukrywają fascynacji swoim wzorem. Robią to z młodzieńczą werwą. Niektórzy kręcą nosem – ale miło się tego słucha. Ich koncerty cieszą się dużym powodzeniem – sentyment do starych dobrych czasów wciąż pozostaje.

Greta Van Fleet – Highway Tune

Led Zeppelin: Led Zeppelin III (2014 Reissue) (remastered) (180g) (Deluxe Edition) 2LP

Czas celebracji Led Zeppelin wykorzystuje Jimi Page – starannie reedytuje albumy Led Zeppelin. Dodaje do każdego wydania ekstra bonsuy. Nie wszyscy lubią takie wydania. Ale jest to jednak muzyka zremastorowana przez samego twórcę, a poza tym tłoczenia są na porządnym 180g winylu – słucha się tego wybornie. Trzeba też docenić przywiązanie do części graficznej reedycji – w końcu Jimi Page jest z wykształcenia plastykiem.

Led Zeppelin – Since I’ve Been Loving You (Live at Madison Square Garden 1973)

Opublikowano

Pink Floyd – relikty, ostanie cięcie, koncert w Knebworth.

Winyle Pink Floyd cieszą się ogromnym powodzeniem. „Żelazne tytuły” to Dark Side of The Moon czy The Wall. Chciałbym zwrócić uwagę na trzy albumy dla „psychofanów” Pink Floyd – Relics, The Final Cut oraz Live at Knebworth.

Pink Floyd – Relics

To płyta dla tych którzy uwielbiają Pink Floyd z czasów psychodelicznych. Kiedy grał z nimi jeszcze Syd Barret, kiedy stanowili inspirację dla muzyków poszukujących nowych środków wyrazu w muzyce rockowej (inpiracja dla niemieckich zespołów krautrockowych). Mamy tu słynny singiel Arnold Lane oraz utwory z pierwszych trzech płyt Pink Floyd. Wspaniała podróż w przeszłość. Do tego okładka zaprojektowana przez perkusistę Nicka Masona. Wielu słuchaczy przyzwyczajonych do tych najabrdzie popularnych płyt, może przeżyć spore zaskoczenie. Ja bardzo lubię ten okres. Niektórzy, pink-flojdowi sceptycy, wręcz są pozytywnie zaskoczeni, że tak mogło brzmieć Pink Floyd. Ale nie bez powodu Nick Mason ogrywa teraz na koncertach te stare perełki.

Pink Floyd – Arnold Lane

Pinkl Floyd – The Final Cut

Ten album ma tylu zwolenników, co przeciwników. Niektórzy uważają tą płytę za solowe dzieło Rogera Watersa. Jest to doskonałe uzupełnienie treści przekazanych przez muzyka na płycie The Wall. Temat wojny, depresji związanej ze stratą ojca na wojnie – dominuje na tym albumie. To ostani akord Pink Floyd gdzie współnie graja Roger Waters i David Gilmour. Nie ma już Ricka Wrighta. Warto jednak posłuchać tego finałowego cięcia. Dzięki tekstom, przy stonowanej muzyce, można lepiej zrozumieć przesłanie Rogera Watersa nienawidzącego polityków i i ich wojen. To bardzo mocne anty-wojenne przesłanie. Wielu miłośników muzyki ma tak krytyczne podejście do tej płyty, że jej nigdy nie słuchało.

Pink Floyd – The Final Cut

Pink Floyd – Live At Knebworth

W 2021 roku fani Pink Floyd otrzymali prezent. Starannie wydany winyl, na 180 g, 45 pm – koncert z 1990 w Knebworth. Pink Floyd w doskonałej formie, w swoich najlepszych utworach. Czego chcieć więcej? Oczywiście brakuje Rogera Watersa – ale on do dzisiaj pozostał nieugięty, zresztą chyba pozostali dwaj też nie mają ochoty na wspóracę z dawnym kolegą. Pozostaje nam wsłuchiwać się w te piękne chwile uwiecznione na winylu. Cóż to był za wspaniałe momenty. Przed każdym utworem słychać jak wspaniale reaguje publiczność na pierwsze takty każdego utworu. A mamy tu prawdziwą ucztę. Wspaniała aranżacja Money. Mój ukochany utwór z The Wall – Comfortably Numb, opowiadający o chwilach szczęśliwej błogości. Oczywiście jest też wspomnienie szalonego diamentu – Syda Baretta – w doskonałym wykonaniu Shine On You Crazy Diamond. Wszystko pieczętuję energtyczne wykonanie Run Like Hell. Słychać przyjemność współnego grania. I co najważniejsze Rick Wright w świetnej formie – miło się słucha jego popisów solowych. Wszystko to doskonale nagrane.

Pink Floyd – Comfortably Numb

Zbigniew Sadowski

Opublikowano

Winyl Bitelsa przypominający złote czasy MTV

Paul McCartney wydaje się najbardziej długowiecznym bitelsem, zakonserwowanym równie dobrze jak perkusista U2. Na początku lat 80-tych wydał dwa hitowe albumy. A że były to złote czasy MTV, dzisiaj przypomnę winyl Bitelsa – “Pipes of Peace” z dwoma teledyskami, które są małymi dziełami sztuki.

Paul McCartney – Pipes of Peace

Pipe Of Peace – Paul McCartney

To wzruszająca historia, która wydarzyła się w rzeczywistości. Żołnierze, ginący na froncie I wojny światowej, w imię głupców politycznych, pewnego dnia wyszli z okopów, pogadali, pograli w piłkę. Ten epizod pięknie uwieczniono w teledysku do piosenki „Pipes of Peace”. Siła MTV polegała na tym, że przekaż muzyczny był wzmacniany obrazem. Dla mnie na zawsze ten teledysk został symbolem bezsensu wojny oraz głupoty rządzących nami polityków.

Paul McCartney & Michael Jackson – Say Say Say

Drugi teledysk to dzieło rozrywkowe. Mamy tutaj zabawną historyjkę. Główne role grają Paul McCartney, jego żona Linda i Michael Jackson

(który pomimo wszystko – wciąż pozostaje gwiazdą muzyczną w pamięci ludzi).

Pani Linda też już przebywa tylko w pamięci, teledysk jest trochę też wspomnieniowy. Całość zgrabnie nakręcona była wielkim przebojem. Takie to były czasy, i pomimo że dzisiaj MTV nie ma za wiele wspólnego z muzyką, wciąż czasami szukam tego kanału na którym non stop, emitowane są teledyski MTV ze złotych lat 80-tych,bez reklam – polecam.

Opublikowano

Lekarstwo na wosku – Pan z głosem duszy

Jeżeli dusza miałaby głos, to jednym z nich mógłby być śpiew Roberta Smitha. Gdy miałem lat 14 urzekł mnie najpierw fryzurą. I tak powoli zacząłem pływać po wodach Pana Smitha. Tomek Beksiński zaczął tłumaczyć teksty, ale zawsze najważniejszy był ten przejmujący głos – wyrażający jakiś smutek, jakąś tęsknotę. Lekarstwo na wosku.

The Cure – Seventeen Seconds

Seventeen seconds to płyta przed-pomnikowa. Rzecz o niepokoju, smutku i nostalgii która często dopada nastoletnie dusze, a potem już tkwi latami, jako piękny smutek kiedyś przeżyty.

Utwór Secrets to kwintesencja the Cure. Styl gry na gitarze który kopiowany jest do dzisiaj, i bas który właściwie też brzmi do dzisiaj w wielu piosenkach muzyków którzy kiedykolwiek zasłuchiwali się w the Cure.

W jakiej kolejności by nie opisywać piosenki na tej płycie – na zawsze już, najbardziej rozpoznawalnym utworem będzie A Forest. Chodzimy po tym ciemnym lesie Roberta Smitha i słuchamy takich cudowności jak M czy At Night.

Siedemnaście sekund przeżyte w 1980 roku – jak bym miał odtworzyć to byłoby te 17 sekund w które rozpoczęła się fascynacja nastrojami wygrywanymi przez The Cure.

Tu już powoli rodziły się zręby pierwszego pomnikowego posągu – Poronography. Jest smutno, ale jeszcze nie zeszliśmy do podziemi. Jeszcze nie ma tego bezwzględnego penetrowania ciemnych stron, o których nie za bardzo chce się myśleć, które chce się wypierać. Ale już czuć ten niepokój. Wchodzimy do domu w którym nie chcemy przebywać, ale jednak coś nas pociąga. Gdzie słychać jakieś tajemnicze głosy.

Absolutnie klasyczna płyta – z dwoma mocnymi punktami koncertowymi – Play For Today (z pociągowym rytmem) oraz A Forest.

THE CURE- PLAY FOR TODAY

The Cure – A Forest (Official Video)

The Cure – Wild Mood Swings

Następne lekarstwo na wosku. W Wild Mood Swings, najpierw zaintrygowała mnie okładka, niechętnie słucham nowych płyt The Cure. Dla mnie nowe, to wszystkie po Bloodflowers. Dawno nie kupowałem Teraz Rock. Ale wokalista Decadent Fan Club napisał na fejsie, że jest z nimi wywiad. To będzie chyba w numerze październikowym, a ja kupiłem wrześniowy. Ale na stronie 86 jest krótka recenzja Wild Mood Swings. Ani słowa o muzyce, dowiadujemy się o szczegółach wydawnictwa. Że to kolejny album wznowiony na Picture Discu z okazji Record Store Day. Podwójny, zremasterowany i brzmienie jest bardzo dobre (jest jakaś legenda, że brzmienie na picture discach jest kiepskie).

Skoro mnie Pan Robert zaintrygował kiedyś fryzurą. To tu mnie zaintrygował okładką. Postanowiłem uważnie posłuchać tej płyty (25 lat na mnie czekała). Czy ta płyta przebiję się przez ogromne pomnikowe pozycje takie jak Disintegretion czy Faith?

Uważnie słuchając, w łóżku, w autobusie, uwolniłem się od Roberta posągowego, pomnikowego, pływającego po głębokich wodach. To zbiór bardzo dobrych piosenek, ze swingującym dzikim nastrojem. Odzywają się pomnikowe echa gdzieniegdzie, ale ile tu różnych pomysłów muzycznych pozwalających zrzucić czarne szaty, wyjść z wiszących ogrodów i pobawić się pajacykiem z okładki (chociaż zdaje się pęknięty).

Muzycznie jest bardzo różnorodnie, muzycy dość dużo używali syntezatorów, smyczków, nawet się blacha gdzieniegdzie zdarzy. Ilość piosenek przytłacza, ale po latach słucha się ich nadspodziewanie dobrze.

Chodzą takie słuchy że ta płyta miała być solową płytą Roberta Smitha. W wywiadzie twierdzi że tylko dwa teksty są jego wewnętrznymi przemyśleniami – Want i Bare. O ile Want to niezła kiurowa piosenka – tekst oczywisty, każdy moment tego chcenia więcej i więcej – przeżywa w życiu, o tyle Bare to preludium do Bloodflowers – podwaliny pod kolejny pomnik.

Powiedzieć, że się zmieniłem?
Powiedzieć, że się postarzałem?
Powiedz, że się boję

Różnorodność tekstowa Pana Roberta na tej płycie, jest równie duża jak muzyczna. Porusza się po różnych tematach, ale widać że sprawia to frajdę autorowi. Jest o wizycie w USA, gdzie błyszczał w klubach z muzykami Depeche Mode (Club USA). W tej piosence głos brzmi najmniej kiurowo – czyżby to nie jego skóra? To kłamstwo to moja ulubiona piosenka po uważnym przesłuchaniu – i tekstowo i muzycznie – przejmująca.

Mint Car miał być wielkim przebojem, trochę powojował na listach, ale do klasyki te Cure nie wszedł. W tym tekście szalony nastrój miłosny ogarnął pana Roberta. Bardzo mi się podobają Gone i Numb takie uczucia przeżywał, chyba każdy w swoim żywocie.

Cóż słucham tej płyty drugi, i trzeci raz – rozumiem że czasami trzeba opuścić pomniki i posągi – i znowu rozpala się moją nigdy nie zgasła miłość do the Cure. Może ta płyta musiała na mnie czekać 25 lat. Może rację miał recenzent a Allmusic – ta płyta to coś więcej, niż płyta the Cure.

The Cure – Mint Car

The Cure -Treasure

Autor: Zbigniew Sadowski

Instagram: https://www.instagram.com/zbignmuz/

Już wkrótce blog Zbigniew i Muzyka.