Jedziemy dalej z moim wyzwaniem inspirowanym książką Martina Popoffa „The Top 500 Heavy Metal Albums of All Time”. Plan pozostaje bez zmian: przesłuchać wszystkie 500 płyt, zaczynając od końca, sprawdzić, jak brzmią po latach, i przy okazji zobaczyć, czy da się je zdobyć na winylu.
Miejsce 500 zajmował Y&T – „Black Tiger”. Było dobrze. Klasyczny amerykański metal początku lat 80.
Teraz przeskakujemy przez Atlantyk.
Miejsce 499: Savage – „Loose ’n Lethal”
I tutaj zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Savage to brytyjski zespół należący do nurtu NWOBHM – New Wave of British Heavy Metal, a „Loose ’n Lethal” jest jego debiutanckim albumem, wydanym w 1983 roku przez Ebony Records.
Przyznam od razu: tej płyty wcześniej nie znałem.
I właśnie dla takich odkryć wymyśliłem sobie całe to 500-albumowe szaleństwo.
Trochę chaosu, trochę naiwności i dużo gitar
Popoff opisuje „Loose ’n Lethal” jako płytę niemal „przypadkiem genialną”. I kiedy czyta się historię jej powstawania, zaczyna być jasne, o co mu chodzi.
To nie jest album, który sprawia wrażenie wykalkulowanego przy wielkim stole wytwórni. Wręcz przeciwnie.
Z relacji muzyków przytoczonych w książce wynika, że podstawowe partie rytmiczne nagrywano na żywo, bez click tracków i bez przesadnego kombinowania. Muzycy wchodzili i grali. Dopiero później dogrywano niektóre partie gitar.
I właśnie tę spontaniczność słychać.
Kiedy przy drugim albumie „Hyperactive” zaczęto nagrywać bardziej metodycznie – najpierw perkusję, ścieżki pomocnicze, później gitary – sami muzycy mieli poczucie, że gdzieś zniknęła iskra obecna na debiucie.
„Loose ’n Lethal” brzmi natomiast tak, jakby ktoś powiedział:
Panowie, wzmacniacze są? Są. Gitary są? Są. To grać!
I poszli.
Brud jest tutaj zaletą
Produkcja jest surowa, momentami wręcz brudna. Ale właśnie dzięki temu album ma charakter.
Nie próbowałbym go „naprawiać”.
Gitary są mocne, riffy bezczelne, perkusja wali prosto z mostu, a całość ma w sobie tę charakterystyczną dla początku lat 80. atmosferę, kiedy heavy metal jeszcze nie do końca wiedział, czym za chwilę się stanie.
Savage miesza klasyczny hard rock i NWOBHM z momentami szybszym, bardziej agresywnym graniem. Z dzisiejszej perspektywy można w tym usłyszeć zapowiedź tego, co za chwilę zrobią zespoły thrashmetalowe.
I tutaj pojawia się Metallica.
Metallica słuchała Savage
Najważniejszym utworem na płycie jest otwierający album „Let It Loose”.
Nie tylko dlatego, że świetnie rozpoczyna płytę.
Utwór znała młoda Metallica – Savage podaje, że Metallica wykonywała „Let It Loose” już w 1982 roku, zanim ukazał się album „Loose ’n Lethal”.
To już zmienia perspektywę.
Słuchając tej płyty dzisiaj, łatwo potraktować Savage jako kolejny zapomniany zespół NWOBHM. Tymczasem okazuje się, że gdzieś w Kalifornii młodzi muzycy, którzy za chwilę mieli zmienić historię metalu, słuchali właśnie takich rzeczy.
I nagle „Loose ’n Lethal” zaczyna brzmieć nie jak muzyczna ciekawostka, ale jak jeden z brakujących elementów układanki prowadzącej od NWOBHM do thrash metalu.
Co ciekawe – oni sami chyba nie wiedzieli, co stworzyli
Najbardziej podoba mi się fragment historii przytoczonej przez Popoffa, w którym muzycy wspominają swoją ówczesną naiwność.
Nie było wielkiej strategii. Nie było planowania kariery na pięć albumów do przodu. Było granie.
I może dlatego ta płyta ma tyle energii.
Czasami brak pieniędzy, doświadczenia i producenta mówiącego wszystkim, co mają robić, okazuje się całkiem skuteczną metodą produkcji heavy metalu.
Naiwność bywa twórcza.
Zwłaszcza jeśli do naiwności dołożyć głośny wzmacniacz.
Jak mi się tego słuchało?
Bardzo dobrze. I lepiej niż miejsca 500.
„Black Tiger” Y&T było dla mnie przyjemnym spotkaniem z klasycznym amerykańskim metalem.
Savage ma jednak coś jeszcze – surowość i poczucie niekontrolowanej energii.
„Let It Loose” jest świetnym otwarciem, ale warto przejść przez całość: „Cry Wolf”, „Berlin”, „Dirty Money”, „Ain’t No Fit Place”, „On The Rocks”, „The China Run” i „White Hot”. Oryginalny album zawiera osiem utworów i trwa około 35 minut.
Bez wypełniaczy potrzebnych do dobicia do 70 minut.
Wchodzimy. Gramy. Wychodzimy.
Takie płyty bardzo dobrze starzeją się na winylu.
Stan mojego wyzwania:
🎧 Przesłuchane: 2/500
📚 Pozycja: 499
🤘 Savage – „Loose ’n Lethal”
📅 1983
🇬🇧 NWOBHM
🔥 Odkrycie? Zdecydowanie TAK
⏳ Do końca: 498 płyt
I zaczynam rozumieć, że ten eksperyment może być znacznie ciekawszy, niż zakładałem.
Bo jeżeli już przy numerze 499 znajduję płytę, której wcześniej nie znałem, a która okazuje się jednym z elementów historii prowadzącej do Metalliki, to co będzie dalej?
KONKURS – zgadujemy miejsce 498
Poprzednia zagadka prowadziła do Savage. Teraz robi się trochę… mroczniej.
Jak zwykle: pierwsza osoba, która poda prawidłową nazwę zespołu i albumu z miejsca 498, otrzymuje 20% rabatu na dowolny metalowy album z półki Klubu Starej Płyty.
A oto wskazówki:
👉 Wskazówka nr 1: Zostajemy na Wyspach, ale przesuwamy się na północ. Anglia już nie wystarczy. Przyda się szkocki akcent.
👉 Wskazówka nr 2: Płyta jest jeszcze starsza od Savage. Cofamy zegarek do 1981 roku, czyli sam środek eksplozji NWOBHM.
👉 Wskazówka nr 3: Nazwa zespołu jest wyjątkowo ciężkiego kalibru. Powiedzmy, że gdyby wpisać ją bez żadnego kontekstu do wyszukiwarki, heavy metal prawdopodobnie nie byłby pierwszym wynikiem.
👉 Wskazówka nr 4: Tytuł albumu sugeruje kogoś, kto pojawia się wtedy, gdy większość przyzwoitych ludzi już śpi. 🌙
👉 Wskazówka nr 5: Debiut. Szkocja. 1981. NWOBHM. Nocni goście. I nazwa zespołu, której zdecydowanie nie polecam krzyczeć na lotnisku.
Teraz powinno być już trochę łatwiej. 😈
Kto zgadnie miejsce 498?
Tylko uczciwie – bez szukania listy Popoffa. Google nadal nie zasiada w jury.
Ciąg dalszy nastąpi… 🤘


