Opis
Nirvana „Bleach”. Czy to w ogóle jest heavy metal?
„Bleach” ukazał się w 1989 roku nakładem Sub Pop. Był debiutem Nirvany – zespołu, który dwa lata później miał kompletnie zmienić układ sił w muzyce rockowej.
Ale słuchając „Bleach”, najlepiej na chwilę o tym zapomnieć.
Nie ma jeszcze „Smells Like Teen Spirit”. Nie ma wielkich hal, MTV ani statusu głosu pokolenia.
Jest młody zespół z północno-zachodnich Stanów Zjednoczonych, który gra muzykę brudną, ciężką, powolną, punkową i momentami wręcz przygniatającą.
I właśnie ten ciężar interesuje Popoffa.
Black Sabbath spotyka punk
W załączonym fragmencie książki Popoff opisuje „Bleach” w sposób, który chyba najlepiej wyjaśnia obecność tej płyty w rankingu.
Słyszy tutaj połączenie powolnego, sabbathowego ciężaru z punkową energią, sprzężeniami gitar, mocną perkusją i charakterystycznym wokalem Kurta Cobaina.
To bardzo ciekawy sposób patrzenia na Nirvanę.
Bo kiedy dziś mówimy „Nirvana”, automatycznie pojawia się słowo grunge.
Ale kiedy po Riot, Holocaust i Savage włączymy „Bleach”, nagle okazuje się, że odległość między tymi światami wcale nie jest tak ogromna.
Posłuchajcie choćby „Blew”, „Paper Cuts” czy „Negative Creep”.
To nie jest muzyka, która przeprasza, że jest ciężka.
Grunge jako bunt przeciwko… metalowi?
I tutaj Popoff stawia znacznie ciekawszą tezę.
„Bleach”, razem z pierwszymi nagraniami Soundgarden i Mudhoney, traktuje jako jeden z fundamentów rodzącej się sceny Seattle.
Ale ta scena nie była tylko kolejnym gatunkiem muzycznym.
Była również reakcją na to, czym pod koniec lat 80. stała się część popularnego heavy metalu.
Wielkie produkcje.
Wielkie fryzury.
Wielkie teledyski.
Wielkie budżety.
I coraz więcej blichtru.
A tutaj nagle pojawia się coś zupełnie odwrotnego.
Brud. Hałas. Sprzężenie. Prostota.
Żadnej potrzeby wyglądania jak gwiazda rocka.
I właśnie to jest dla mnie w Nirvanie szczególnie ciekawe.
Muzyka przeciwko blichtrowi
Słuchając Nirvany, zawsze mam podobne odczucie: chęć walki z blichtrem. Robienia wszystkiego inaczej – z pasją, efektywnie, ale bez niepotrzebnych upiększeń.
„Bleach” pokazuje tę filozofię chyba jeszcze wyraźniej niż późniejsze płyty.
Nie ma tutaj jeszcze zespołu świadomego swojej przyszłej pozycji.
Jest grupa, która po prostu chce grać po swojemu.
I paradoksalnie właśnie ta niedoskonałość jest największą siłą albumu.
Nie wszystko musi być idealnie wypolerowane.
Czasami muzyka ma po prostu uderzyć.
Metal, punk, grunge – czy naprawdę trzeba wybierać?
Po tej płycie jeszcze bardziej przekonuje mnie pomysł Popoffa na ten ranking.
Bo gdyby „500 najlepszych albumów heavy metalowych” oznaczało po prostu 500 płyt brzmiących podobnie do Judas Priest czy Iron Maiden, po pewnym czasie zrobiłoby się nudno.
Popoff traktuje „heavy” szerzej.
Interesuje go również ciężar.
A „Bleach” ciężaru ma mnóstwo.
Nie jest to klasyczny heavy metal. Oczywiście.
Ale Black Sabbath + punk + sprzężenia + agresja + ciężkie riffy?
Z takiej perspektywy miejsce Nirvany w tej książce przestaje być aż tak dziwne.
A potem wszystko się zmieniło
Najbardziej fascynujące jest słuchanie „Bleach” ze świadomością tego, czego muzycy jeszcze nie mogli wiedzieć.
Dwa lata później ukaże się „Nevermind”.
Nirvana stanie się jednym z największych zespołów świata.
Grunge wejdzie do mainstreamu.
A estetyka rocka początku lat 90. zmieni się niemal z dnia na dzień.
Dlatego „Bleach” brzmi dla mnie jak zdjęcie wykonane sekundę przed eksplozją.
Jeszcze nic się nie wydarzyło.
Ale lont już się pali.








