Opis
Cheap Trick kojarzy się dziś przede wszystkim z niezwykłą umiejętnością łączenia mocnych gitar, melodii, popowej chwytliwości i specyficznego poczucia humoru. Debiut to energiczny hard rock, w którym słychać już elementy tego, co chwilę później zacznie być nazywane new wave.
Ale w 1977 roku wszystko było jeszcze mniej uporządkowane.
I to słychać.
Ta płyta nie brzmi jak zespół, który usiadł przy stole i powiedział:
„Panowie, ustalmy naszą grupę docelową i strategię na najbliższe pięć lat”.
Na szczęście. 😎
Jest tu hard rock, jest pop, jest trochę punkowej bezczelności, są świetne melodie i przede wszystkim gitary.
Czterech facetów, którzy wyglądają jak dwa różne zespoły
Cheap Trick miał jeszcze jeden genialny pomysł.
Wizerunek.
Robin Zander i Tom Petersson mogli spokojnie uchodzić za klasycznych rockowych amantów. Rick Nielsen i Bun E. Carlos wyglądali natomiast tak, jakby przez przypadek weszli na scenę z zupełnie innego koncertu.
I właśnie ten kontrast stał się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu.
Trzeba zwrócić uwagę szczególnie na Ricka Nielsena – gitarzystę, autora piosenek, lidera i człowieka, który potrafił połączyć świetne rzemiosło z kontrolowanym scenicznym wariactwem.
A Bun E. Carlos?
Okulary, papieros, wygląd księgowego, który za chwilę powinien zapytać o fakturę – po czym siada za perkusją. 😁
A gdzie tutaj metal?
To jest dla mnie najciekawsze pytanie całego projektu.
Jeżeli oczekujemy metalu definiowanego przez późniejsze Iron Maiden, Judas Priest czy Metallikę – nie tutaj należy go szukać.
Ale pamiętajmy: jesteśmy w 1977 roku.
Granice pomiędzy hard rockiem, heavy rockiem, punkiem i rodzącym się heavy metalem nie były jeszcze tak oczywiste jak później.
Popoff umieszcza tę płytę w historii ciężkiej muzyki właśnie przez jej gitarową energię, bezpośredniość i sposób łączenia ciężaru z melodią.
I zaczynam rozumieć, że jego książka będzie czymś ciekawszym niż lista 500 płyt brzmiących podobnie.
To trochę drzewo genealogiczne ciężkiego grania.
Jeszcze jeden paradoks Cheap Trick
W USA zespół początkowo nie stał się gigantem.
Za to gdzie indziej zaczęło się prawdziwe szaleństwo.
W Japonii.
I właśnie koncertowy „Cheap Trick at Budokan” sprawił, że świat znacznie szerzej dowiedział się, kim są ci czterej dziwni faceci z Illinois.
To jedna z tych historii rocka, w których trzeba było pojechać na drugi koniec świata, żeby w końcu naprawdę zaistnieć we własnym kraju.








